Przyjaciółkowy czat

piątek, 27 stycznia 2012

Szpital

Zadzwonił telefon. Pomyślałam, że to Monika znowu chce się wykręcać. Jednak nie ona dzwoniła. To była jej mama.
- Dzień dobry, z tej strony mama Moniki. Dzwonię, żeby powiedzieć, że jest w szpitalu…
- W szpitalu? Jak to? Co się stało?
- Została pobita, gdy szła na spotkanie z tobą. Na szczęście nie ma uszkodzonych żadnych narządów.
- O matko… Zaraz do niej pojadę, w jakim szpitalu jest?
- Niedaleko dworca PKP, nie jestem w stanie sobie przypomnieć nazwy ulicy, w takim jestem szoku.
- Nie szkodzi, poradzę sobie. Dziękuję pani, do widzenia.
Dopiero co weszłam do domu, byłam więc ubrana. Jedynie wzięłam z lodówki długaśnego kabanosa i poleciałam do szpitala, konsumując go po drodze. Z pomocą kilku przechodniów udało mi się dotrzeć dość szybko. Jakoś wcześniej nie zwróciłam uwagi na to, że przy dworcu był jakiś szpital. W dodatku był, że tak powiem, schowany wśród innych budynków. Ale co ja będę o szpitalu opowiadać i o budynkach jakichś, nie? No więc, weszłam do sali, w której leżała Monika. Miała posiniaczoną całą twarz i ręce. Brzuch też.
- Boże, Monika, kto ci to zrobił – usiadłam na krześle przy łóżku i wzięłam ją za rękę.
- Nie jestem pewna, ale…
- No mów, mów.
- To chyba był Marcin. – odwróciła głowę i zaczęła płakać.
- Ej, mała, nie płacz. Jeśli to naprawdę Marcin, to mu zrobię taką awanturę, że przez pół roku go będą palcami wytykać. – otarłam jej delikatnie łzy z policzka – No już, nie płacz. Jestem przy tobie, nic ci nie grozi.
Ktoś wszedł do pokoju. Właściwie, to nie ktoś, a Marcin. Wstałam z krzesła, podeszłam do niego i wyprowadziłam, żeby porozmawiać na osobności.
- Ty wiesz, kto to zrobił, prawda? – patrzałam mu prosto w oczy, widziałam niepokój, byłam wściekła.
- Nie, skąd miałbym wiedzieć? Kolega dał znak, że jakaś twoja koleżanka leży tu pobita.
- Jaki kolega?
- A taki jeden… Nie znasz. I raczej nie chcesz poznać, wredny strasznie. A właśnie, obiecałem ci drugi naszyjnik. – wyjął z kieszeni identyczne pudełeczko, jak wcześniej, z identycznym naszyjnikiem.
- Łał… Nie sądziłam, że tak szybko… że w ogóle… - zaniemówiłam.
Założył mi go i pocałował w czoło. Nie mogłam uwierzyć, że zdobył ten naszyjnik tak szybko. Przecież on musiał kosztować krocie! Chyba, że go nie kupił… Ale nie, on nie był taki. Chyba. Powiedziałam mu, żeby poszedł do domu, a ja za mniej więcej godzinę się do niego odezwę. Poszłam z powrotem do Moniki, powiedzieć jej, że Marcin raczej tego nie zrobił, i pochwalić się naszyjnikiem.
- Skąd on go tak szybko skombinował? – zapytała.
- Nie mam pojęcia, dla mnie też się to dziwne zdaje…
- A co jeśli on go ukradł? Skąd taki koleś jak on mógłby mieć kasę na dwa takie naszyjniki. Dwa! – powtórzyła dla podkreślenia.
- Ech… Ja muszę lecieć. Nie zostawiłam żadnej kartki w domu, ani nie zadzwoniłam. Mama się pewnie martwi. Pa.
- Pa…
Pospieszyłam do domu. Każdy chyba wie, że zła mamusia dobrze nie wróży. Samochód stał przy domu, chciałam wejść tylnym wejściem i palić głupa, że niby cały czas byłam, tylko mnie nie zauważyła. No ale, jak to ja, nie pomyślałam i wzięłam tylko klucze od frontowego wejścia. Wyciągnęłam pęczek kluczy z kieszeni, wybrałam odpowiedni, włożyłam do dziurki, bez skojarzeń, przekręciłam. Otworzyłam drzwi i moim oczom ukazał się ten straszny widok… To zbyt drastyczne, żeby o tym mówić! Ale powiedzieć Wam? Na pewno? Ale na sto procent!? No dobrze… Moim oczom ukazał się widok… Mamy. Mamy, która wzięła sobie fotel z salonu i postawiła go przed drzwiami. Patrzała na mnie spode łba. To było… Dziwne. Co najmniej dziwne.

Marcin

Wymieniłyśmy się numerami telefonów. Zaprosiłam ją do domu. W końcu musiałam się jakoś odwdzięczyć dziewczynie, która uratowała mnie od utraty dziewictwa w sposób, który nikomu raczej by się nie spodobał. Poczęstowałam ją jabłecznikiem mamy i zrobiłam herbatę. Usiadłyśmy przy szklanym stole w kuchni i opowiedziałam jej od początku jak to było ze mną i Marcinem. Słuchała z zainteresowaniem, jakbym opowiadała o jakiejś podróży kosmicznej, czy czymś tam. Totalnie odpłynęła, wczuła się. Mało tego. Oczy jej się załzawiły, a nawet spłynęła łza po policzku. Mimo to, nie otarła się, w dalszym ciągu patrzała mi głęboko w oczy. W pewnym momencie położyła swoją rękę na mojej i ścisnęła delikatnie. Spojrzałam w dół. Monika szybko cofnęła dłoń, a jej spojrzenie powędrowało na podłogę, chyba czuła się zawstydzona. Mruknęła tylko pod nosem „przepraszam, pójdę już” i wyszła, ba, wybiegła z domu. Wyleciałam zaraz za nią, chciałam ją zatrzymać. Kondycję to miała niezłą, nie było jej nigdzie, jakby się rozpłynęła. Wysłałam jej SMSy, dzwoniłam… Ani nie odpisała, ani nie odebrała.
Następnego dnia w szkole musiałam oglądać Marcina. Miałam ochotę go udusić, zakopać, odkopać, sklonować trzy razy, trzy razy zabić i trzy razy zakopać. Cały czas patrzał się na mnie takim… dziwnym wzrokiem i uśmiechał się szyderczo. Posyłał mi nawet „całusy”. Obrzydlistwo, fuj! Chciałam wbić mu między oczy cyrkiel albo coś innego – ostrego. No ale nie jestem taka. Niestety. Po lekcjach zaczepił mnie w przedsionku szkoły.
- Ej, Jula! – złapał mnie za ramię.
- Nie mów do mnie Jula! I zostaw mnie, parszywcu!
- Przestań, chcę porozmawiać.
- Nie mamy o czym rozmawiać.
- Daj mi chociaż chwilę, proszę. Wiem, że zachowałem się jak skończony idiota, ale błagam…
- Dobra, mów. Byle szybko.
- Wtedy w lesie… Myślałem, że oboje tego chcemy. Słyszałem, że lubisz, gdy chłopak jest brutalny i bez zahamowań. Chciałem ci tylko dogodzić… I zanim spytasz – nie, to nie twoje koleżanki powiedziały. Uznałem to za rodzaj takiej… gry. Ale teraz wiem, że sprawiłem ci ogromny ból i przepraszam. Szczerze. Kocham cię i nie chcę cię stracić.
Od tych emocji aż zrobiło mi się słabo. Podeszłam ledwo do ściany, oparłam się i zaczęłam się zsuwać na ziemię. Marcin podbiegł i mnie złapał. Przytulił mocno do siebie. Znowu to uczucie… Chciałam zapomnieć o tym wszystkim. Tak bardzo chciałam mu uwierzyć… Bałam się, że znowu mnie zrani, że kłamał, że to wszystko nieprawda. Uczucia wzięły górę.
- Naprawdę mnie kochasz? – spojrzałam na niego zapłakana.
- Tak… Kocham cię, kocham cię ponad wszystko.
- Wiesz, nie obraź się ale zerwałam z szyi naszyjnik od ciebie i wyrzuciłam go…
- Nie szkodzi, kupię ci drugi. Chodź, odprowadzę cię.
Rozstaliśmy się przy progu mojego domu. Ponieważ byłam pilną uczennicą, od razu zabrałam się za odrabianie lekcji. Rozłożyłam się wygodnie na białym puchatym dywanie na środku pokoju i właśnie miałam zacząć pisać, aż tu nagle poczułam, że coś mi wibruje w spodniach. To Monika wysłała mi SMSa.
- Przepraszam, że tak wczoraj uciekłam, dziwnie wyszło. A, widziałam jak rozmawiałaś z tym chłopakiem. Czego chciał?
- Pogodziłam się z Marcinem. Ale dużo by o tym pisać…
- To może się spotkamy? Może być dzisiaj o siedemnastej przy dzikiej plaży?
- No ok, ok.
Odrobiłam lekcje i wyszykowałam się. Poszłam na miejsce spotkania, ale Moniki nie było. Czekałam dziesięć minut, czekałam dwadzieścia, trzydzieści. W międzyczasie słałam SMSy, na które nie odpisywała. W końcu odpuściłam sobie i wróciłam do domu. Myślałam wtedy, że leci sobie ze mną w kulki.

Przeznaczenie czy coś gorszego?

Zamknęłam oczy i czekałam. Poczułam coś zimnego na szyi. Założył mi cudowny złoty łańcuszek ze złotym sercem z diamentowymi wstawkami. Był przepiękny, cudowny! Rzuciłam się na szyję Marcinowi i wycałowałam go tak, że normalnemu człowiekowi starczyłoby przynajmniej na tydzień.
- Kocham cię… - szepnęłam mu do ucha.
- Ja ciebie też. Wiesz, skoro jesteśmy sami… - położył rękę na mojej talii – I skoro się kochamy... To może pora przypieczętować nasz związek?
Zaczął całować moją szyję, a jego ręka powędrowała na mój tyłek. Pomyślałam sobie, że tego jest za wiele. Znałam go ledwie parę dni, a on już chciał zrobić to ze mną… Odepchnęłam go od siebie, ale on nie chciał odpuścić. Chwycił mnie mocno za ręce i położył na ławce tak, żeby nie zrobić mi krzywdy. Przynajmniej nie większej, niż zrobił. Krzyczałam, żeby mnie zostawił ale on tylko śmiał się i powtarzał, że nikt nie przyjdzie. Chyba, że zawoła kolegów. Nagle zobaczyłam w oddali jakąś sylwetkę, to była dziewczyna. Zauważyła, że coś jest nie tak. Podeszła i dała mi znak, że mam się zachowywać, jakby jej tam nie było. Złapała za kij leżący na ziemi i przywaliła memu oprawcy tak, że stracił przytomność. Byłam rozebrana od pasa w górę, więc pomogła mi się ubrać i wyprowadziła mnie z tego przeklętego lasu. Dopiero wtedy uważnie się jej przyjrzałam. Wysoka, szczupła, ruda dziewczyna. Jej oczy miały niesamowicie intensywny zielony kolor, w życiu takich nie widziałam. A figurę to miała taką, że niejedna gwiazda by pozazdrościła!
- Coś ty tam robiła sama? To niezbyt dobre miejsce na spacery po szkole.
- Tamten koleś… To był mój chłopak. – łza pociekła mi po policzku – poszliśmy na spacer, dał mi prezent, a potem zażądał „przypieczętowania” związku. Świnia…
- Jesteś już bezpieczna. – przytuliła mnie, tego mi było trzeba – Z tego wszystkiego nawet się nie przedstawiłam. Jestem Monika.
- Julia. Możesz mi mówić Julka, jeśli chcesz.
- Chodź, odprowadzę cię do domu.
- Nie trzeba, poradzę sobie…
- A jeżeli tamten chłopak będzie cię chciał znów dorwać?
- Ech, dobra. Chodźmy.

Chłopak II

- Masz Gadu? – zapytał i wyjął telefon – Podaj, zapiszę sobie.
- No mam, mam. Pewnie, że mam. – Podałam mu swój numer, dla Was niech zostanie on tajemnicą.
- Postaram się napisać jeszcze dzisiaj, do zobaczenia, a raczej napisania!
- Pa…
Spodziewałam się raczej, że poprosi mnie o numer telefonu, ale cóż. Takie czasy, co zrobić. Wracając do domu zaryłam głową w słup, taka ze mnie ciapa. Tak jakoś się nawinął, wcześniej go tam na pewno nie było! Ale jakoś się pozbierałam i doszłam do celu. Rozebrałam się, w sensie, że z kurtki i butów – ja wiem, co Wam chodzi po głowach, zbereźnicy! No ale wracając do mojej historii, wróciłam do domu, rozebrałam się, wzięłam laptopa i rozłożyłam się wygodnie na łóżku. Leżałam i czekałam, aż napisze. Minęła jedna, druga, trzecia godzina, a Marcin nie pisał. Miałam właśnie wyłączyć komputer, aż tu nagle wyskoczył dymek z napisem, że ktoś przesyła wiadomość.
- Witam cię serdecznie, moja droga. – napisał Marcin, jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to on.
- No witam, nieznajomy, witam. Może byś się przedstawił? Lubię wiedzieć, z kim rozmawiam.
- A, sorry. Tu Marcin. Zapomniałem, że przecież nie miałaś mojego numeru.
- Z drugiej strony, mogłam być troszkę milsza…
Nastąpiła niezręczna cisza. W sumie, cicho było cały czas. Po prostu nikt nic nie pisał, wiadomo, o co chodzi. Tak przez dziesięć minut milczał, jakby nie wiedział, co powiedzieć. W końcu przerwał to charakterystyczny dla Gadu-Gadu sygnał otrzymania wiadomości.
- Wiesz, wtedy w szatni… Nie miałem zamiaru wziąć od ciebie numeru Gadu.
- A co chciałeś zrobić? – spytałam
- To raczej powinienem powiedzieć ci w realu, w cztery oczy.
- Jestem cholernie ciekawa, ale poczekam. Muszę uciekać, bo tata każe kończyć. Pa.
- Cześć.
No i fajnie. Wcześniej czekałam aż napisze, a później nie dawało mi spokoju to, co napisał. Przez moją głowę przewijały się setki, ba, tysiące myśli, o co mu mogło chodzić. Pół nocy nieprzespane przez to. Następnego dnia, znów z szopą na głowie, zawitałam w progi szkoły. Od razu wyskoczył przede mnie Marcin i podarował mi buziaka w policzek, myślałam, że mu lapsa sprzedam, ale z drugiej strony było całkiem miło.
- No tego to się nie spodziewałam! – krzyknęłam na cały regulator, połowa korytarza się na mnie spojrzała, ale to nic.
- To właśnie chciałem wczoraj zrobić…
- Na pewno to?
- W sumie, to nie. Zamknij oczy.
Wiedziałam, że coś się szykuje. Tym razem obdarował mnie namiętnym pocałunkiem w usta. To było… Niesamowite! Nigdy czegoś takiego nie czułam, dosłownie ciarki przeszły mnie po caluteńkim ciele. Czysta magia! Wtuliłam się w niego, wszystko inne przestało dla mnie wtedy istnieć, byliśmy tylko ja i on. Niestety, sielankę przerwał dzwonek. Jak zawsze uważałam na lekcjach, tak na cały dzień oddałam się całkowicie przyjemności patrzenia na potargane włosy mego chłopaka, bo raczej już mogłam go tak nazwać. W sumie, to nie tylko na włosy. Co by ze mnie była za dziewczyna, gdybym nie spuściła wzroku trochę niżej… Mowa oczywiście o oczach. Zdziwiła mnie jedna rzecz, mianowicie Marcin na żadnej przerwie ani lekcji do mnie nie podszedł, nie zagadał… A ja, jak to ja, nie odważyłam się sama podejść. Dopiero po lekcjach się do mnie odezwał. Spytał, czy wybiorę się z nim na spacer. No i jak tu się nie zgodzić? Poszliśmy więc do lasu za szkołą. Szliśmy coraz głębiej i głębiej aż zatrzymaliśmy się przy niewielkiej altance.
- Siądź sobie na ławkę, mam coś dla ciebie. – wyciągnął z kieszeni niewielkie pudełeczko...

Chłopak

Lubię denerwować ludzi, koloryzować i kłamać. Jestem kłamcą, który kłamie, że lubi kłamać, niezłe, co nie? Gdy byłam w połowie drogi, ktoś przysłał mi SMSa. Byłam pewna, że to Dominika – moja koleżanka z klasy – chciała spytać się mnie znowu, gdzie jestem. Jakbym mało razy jej powtarzała, że jeżeli nie ma mnie w szkole, to albo jestem w drodze, albo budzik skończył swój marny żywot i śpię. Okazało się, że będziemy mieli w klasie nowego ucznia, i że ponoć niezłe „ciasteczko” z niego. Było już po ósmej, a ja dalej nie w szkole, przyspieszyłam więc i jakoś doczłapałam się. Weszłam do klasy, rozejrzałam się i… On tam był. Wysoki brunet o niebieskich oczach, pod którymi miał wory, jak ja. Tyle, że jemu to dodawało uroku i seksapilu, a ja wyglądałam jak wiedźma. Jeszcze tylko miotłę mi dać i mogłam odlecieć w nieznane. Ale mniejsza z tym. Nauczycielka posadziła go akurat w mojej ławce, więc nie miałam wyboru, musiałam przełamać się i dosiąść się do niego. No, nieśmiałością to on nie grzeszył, od razu rozpoczął rozmowę.
- Hej, jestem Marcin, a ty to pewnie Julcia? – przymrużył oczy i delikatnie się uśmiechnął
- Tak… Skąd wiesz?
- Tamte dwie dziewczyny z ostatniej ławki mi powiedziały, że dziewczyna, która się spóźni, ma na imię Kinga, spróbowałem więc szczęścia i udało się, trafiłem!
Odwróciłam się i spojrzałam na Dominikę i Karolinę, a w sumie to na ich ławkę – one już dawno zwijały się pod nią ze śmiechu. Wiedziały, że jestem nieśmiała i ciężko mi nawiązywać nowe znajomości.
- Zatłukę te flądry… A potem zrobię z nich zupę rybną, którą poczęstuję bezdomne koty. – powiedziałam, złość miałam wypisaną na twarzy
- Hej, skąd u ciebie taka wrogość? Zrobiły coś złego? Wydają się być miłe…
- Ta, wydają się. Tylko czekają na okazję, żeby mnie upokorzyć.
- Musisz…
- Cisza! Jest lekcja, nie gadać! – przerwała nauczycielka.
I tak przez resztę lekcji nie odzywaliśmy się do siebie, bo ta baba cały czas wlepiała w nas swoje gały czerwone. Znaczy, pani nauczycielka cały czas się nam przyglądała, czekając tylko na okazję, żeby wpisać po uwadze do zeszytu. Zadzwonił dzwonek, chciałam porozmawiać z Marcinem, ale chłopcy zaciągnęli go do toalety. Do tej pory nie wiem i nie chcę wiedzieć, co oni tam z nim robili. Pewnie jakieś „męskie” zabawy typu wsadzanie głowy do muszli klozetowej i spuszczanie wody, naciąganie majtek, bicie albo jakieś zbereźne rzeczy… Przez resztę dnia tak go gdzieś targali. A to do kibla, a to do grupy lasek. Jakoś nie wyglądał na zadowolonego, próbował się nawet wyrywać, ale wiadomo – jak się małpoludy uprą, to nie wygrasz. Na lekcjach tylko przyglądał mi się, a jak spoglądałam w jego stronę, to szybko odwracał wzrok… Po ostatniej lekcji nauczyciel sprowadził nas do szatni. Ja i Marcin nie pchaliśmy się na siłę. Uważaliśmy, że lepiej poczekać chwilę, niż nabić sobie sińca pod okiem przez czyjś łokieć. Szkoda tylko, że było tak głośno, że nie dało się rozmawiać. W końcu zostaliśmy tylko my dwoje, nikt więcej. Nawet szatniarka sobie poszła, co mnie zdziwiło, bo zawsze wszystkich pilnuje. Panowała niezręczna cisza, odwróciłam się, on także, w tym samym czasie. Magia? Telepatia? Nie wiem. Spojrzał mi głęboko w oczy i…

środa, 25 stycznia 2012

Kasia

Dzisiaj, dostałam sms`a od mojej najlepszej przyjaciółki. Lecz to nie było to co chciałabym od niej usłyszeć...

Cześć Julka
Pamiętasz tego chłopaka co Ci o nim opowiadałam? Zerwał ze mną. Nie mogę się pozbierać. Mam same kłopoty w szkole, a przez szkołę w domu. Chcę już wracać do Polski! Do domu!

Do szybkiego usłyszenia
Kaśka

Nigdy bym nie podejrzewała aby ktoś lub coś zerwało z Kaśką. Czy po prostu se tak wmówiłam? Nie wiem, w każdym razie mamy podobny kłopot. Ma podobne kłopoty do mnie. Co to za świat? Co to za mężczyźni w tym świecie? Czy oni muszą nas bez przerwy ranić? Dlaczego? Co z nami kobietami jest nie tak? Czy to tylko ja? Czy to we mnie jest problem? Jak zwykle mam co raz więcej pytań niż odpowiedzi. Pogrążam się w smutku, rozpaczy. Co mam ze sobą zrobić? Nigdy nie wiem co mnie czeka w następnej sekundzie, godzinie czy dniu. Nie chcę się chować po kątach w swoim pokoju. Niedługo się przeprowadzam do nowego domku. Czy zmienię szkołę? Czy to musi być takie trudne dla mnie? Nigdy więcej nie zobaczę Wiktora, co mi chyba wyjdzie na dobre, tak? Czy będę chodziła do tej samej starej szkoły i będę dojeżdżała do niej starym, smierdzącym i pełnym ludzi autobusem? Jak to będzie? Nie mam pojęcia. To jest ten głupi pomysł mojej mamy. Przeprowadzka. No, może nie taki głupi. Może ta przeprowadzka uświadomi mi, że nie wszystko zawsze będzie takie wspaniałe jakiebyśmy chcieli. No nic, świat jest taki a nie inny. Trzeba się z tym pogodzić. Koniec tematu. Nie będę się już nad sobą użalać, koniec. Koniec z miłosnymi problemani.

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Szok

Wiktor. Nikt inny tylko on. Czyżby moje uczucie do niego nie wygasło? Czyżby ono nadal tkwiło wewnątrz mojego małego złamanego przez Wiktora serca?
- Proszę Cię, zapomnij co było w Halloween. - wziął mnie za rękę. Odpychnęłam go.
-Wiktor, nie chcę Cię znać zrobiłeś mi okropną krzywdę w Halloween. Nie przyznawałeś się do tego i myślisz że ja Ci wybaczę? Koniec. Z tym koniec. Z nami koniec, nie licz na nic.- mówiłam spokojnym głosem.
- Co takiego? - zapytał zaskoczony patrząc mi w oczy. - Nie kochasz mnie już?
- Nie wiem - odpowiedziałam zgodnie z prawdą, bo sama tak naprawdę nie wiedziałam, co czuję do niego. - Nie wiem - powtórzyłam.
- Ale ja cię kocham! - zawołał tak głośno, że kilka idących przed nami osób odwróciło się. - Czy to dla Ciebie nic nie znaczy?
- Czy możemy porozmawiać spokojnie? - spytałam.
- Przepraszam - powiedział. - Nie zgadzam się - powiedział. - Nie zgadzam się już.
- Nie pytam Ciebie o zgodę - odpowedziałam cicho. - Po prostu teraz... po prostu postanowiłam być sama.
- Sama, czy masz kogoś innego na oku?
- Nie twoja sprawa Wiktor.
- To by wiele wyjaśnniało.
- Nie mam nikogo na oku. Tak zdecydowałam, że będzie najlepiej.
- Powiedz, dlaczego? Jakie masz do mnie zastrzeżena? Co Ci się nie podoba? - zasypał mnie gardem pytań. - Co źle robę? Zmienię to. Zrobię wszystko dla Ciebie - dodał i w oczach tego wydawać by się mogło twardego chłopaka ujrzałam łzy.
- Boję się, że mnie znowu zdradzisz. Tak jak wtedy. Nie chcę żebyś co kolwiek dla mnie robił. Chcę być sama i już! - Bez chwili woli pobegłam do domu i zostawłam Wiktora w tyle...

Wyniki

Już minął spory kawałek czasu po konkursie. I nareszcie są wyniki. Początek grudnia. Nedługo mikołajki a tutaj wynki - może jako prezent? Heh, napewno nie. Zadzwoniła do mnie Ola i powiedziała, że są wyniki. Oczywiście komórki dalej nie mam. Co za skandal, skąd wiedziała? Zadzwoniła na domowy... hm...
- Cześć Julka - powiedziała olka bardzo szybko szczęśliwie.
- No cześć - odpowiedziałam bez entuzjazmu.
- Są wynik konkursu! Wpadaj do szkoły szybko!
- No dobra, będę za pół godznki - odpowiedziałam idąc do przed pokoju.
- To pa - odpowiedziała się rozłączyła, nie zdążyłam się pożegnać.
Dotarłam do szkoły szybciej niż myślałam. Może po prostu chcę się dowiedzieć czy przeszłam do kolejnego etapu. Olka na mnie czekała przed drzwiami.
- Dostałyśmy się! Dostałyśmy sę - krzyczała biegnąc do mnie. Przytuliła mnie.
- Serio? A mogę zobaczyć wyniki? - zapytałam zszokowana. No może ne, bo jestem najlepsza z biologii w całej szkolę - niektórzy tak myślą.
Była tam wielka tablica na korki, a na niej wisiały wyniki. Czarno na białym pisało... Julia Kamaja pkt.89 = 89% Najwyższy wynik. Gratulacje
Mało co nie posikałam się ze szczęścia. Nie uczyłam się za dużo, ale swoje wiedziałam. Co za szok! Olka miała 53% ale się dostała bo do kolejnego etapu trzeba mieć przynajmiej 50%. Ona miała 53%. Pożegnałam się z Olką wracałam do domu w samotności. Do pewnej chwili.
- Cześć! - powiedział męski głos. Był mi bardzo znajomy.
- Cześć... - odwróciłam się a tam stał... nie kto inny tylko...

Spotkanie

Minęły dwa tygodnie, jeszcze tylko dwa tygodne i moja mama odda mi telefon. To już naprawdę uzależnienie! Dzisiaj postanowiłam przejść się w to miejsce gdzie się spotkałam z Marzeną. Może ją spotkam? Co ja wygaduję? Co mnie ciągnie do niej? Przecież ona jest tą samą dziewczyną co moje koleżanki. Jednak przy niej czuję się inaczej, nie miałam tego nawet z Kasią.
- Mamo wychodzę - krzyknęłam ubierając swoje botki.
- A gdzie się moja panna wybiera? - zapytała ukazując mi się przy drzwiach, przestraszyła mnie.
- No przejść się, telefonu nie mam to może kogoś spotkam na drodze - powiedziałam i wyszłam. Potem tylko słyszałam jak moja mama coś do mnie krzyczała ale byłam zajęta myśleniem o Marzenie i czy ją spotkam. Idąc tam, na ławeczkę, widziałam tyle ludzi - par. Trzymających się za ręce, całujących się. W pewnej chwili chciałam żeby Wiktor, żeby on... nie zrobił mi tego co mi zrobił. Tam, jest. Widzę slepik warzywny. Zaglądnęłam do środka, patrząc z nadzieją czy nie zobaczę tam Marzeny. Nagle poczułam zimny dotyk dłoni, taki jaki poczułam wtedy jak mnie dotknęła Marzena.
- Zgadnj kto to - powiedział znajomy głos, dało się poznać że to dziewczyna.
- Marzena? - odpowiedziałam, bo wiedziałam że to ona... Marzena zabrała dłonie z mojej twarzy a ja sę do nie odwróciłam.
- Skąd wiedziałałaś? - zaczęła się śmiać. Masz piwko.
- Emmhhh, nie dzięki. Dostanę następny szlaban jak moja mama zobaczy we mnie promile alkoholu. Pamiętasz wtedy jak mnie zabrała do domu?
- Tak...
- No, to ona wyobraź sobie wzięła alkometr i musiałam dmuchać. I się wydało, że piłam piwko.
- Ojej, przepraszam idę to zwrócić - po czym pobiegła do sklepu zwróciłą dwa piwa i wzięła soczki.
- Proszę soczek - uśmiechnęła się do mnie, ma bardzo ładne ząbki. Odwzajemniłam jej uśmiech. Dziwnie się znowu poczułam jak mnie wtedy dotknęła.
- Emmm, a może..... zostaniemy przyjaciółkami? - zapytała z nadzieją.
- Jasne, czemu nie. - odpowiedziałam szczęśliwa. Pomyślałam, że znowu może poczuję się tak jak kiedyś z Kasią.

czwartek, 19 stycznia 2012

Nie ma to jak w domu?

-Cały dzień spędzie dzisiaj w domu - myślałam głośno. To będzie najlepsze rozwiązanie. Cały czas myślę o mamie, dlaczego dała mi szlaban na tak długo? Miesiąc? Wydawałoby się że te jej blond włosy i kasztanowe oczy nie będą takie zadziorne wobec mnie. A jej małe czerwone usta pomalowane szminką nigdy nie będą się na mnie tak wydzierały. Moja mam a nie jest za wysoka, ale od pewnego czasu zakłada ciuchy biurowe i wygląda jakby urosła? Nie, to nie możliwe, ludzie w jej wieku nie rosną tylko maleją. Ze smutkiem przechodziłam do kuchni, i patrzałam jak moja siostra pisze smsy ze swom chłopakiem. Chciałam ją zapytać o udzielene pożyczki, ale nie będę się zniżała do jej poziomu, kiedy to ona miała szlaban, dosłownie błagała mnie o telefon. Gdy otworzyłam lodówkę zobaczyłam stosy jedzenia. Dostałam bólu brzucha od samego patrzenia na to jedzenie. Wątróbka - fuuj, jabłka - co one robiły w lodówce? Nie wiedziałam co robić.
- No to co Julka, masz szlaban he? - przylazła moja siostra do kuchni i oparła się na blacie mówiąc do mnie głupim głosem.
- Daj mi spokój - wypaliłam, wzięłam sok i poszłam do siebie do pokoju. Nigdy nie było spokojnie, nigdy. Zawsze miałam z moją siostrą pod górkę. W tej chwili znowu chciałam zobaczyć Marzenę. Wydawało mi się jakby ona była dla mnie kimś więcej jak dziwną osobą poznaną przez przypadek przez telefon. Długo nutrowało mnie to, że chciałam się zobaczyć z Marzeną - nie mogłam. Spokojnie udałam się do salonu włączyć telewizor. Jak zwykle nie leciało nic oprócz 'Trudnych Spraw' - zaczęłam więc oglądać. Reszte dnia spędziłam na oglądaniu telewizji, wieczorem poszłam się myć i stwierdziłam że kara mi się należała, nie powinnam urywać się z lekcji i pić piwa - zresztą nie smakowało mi. Zrozumiamam jak mama się o mnie troszczy - nie ma to jak w domu.

Szlaban...

"Matko, co jej teraz powiem?" - przemknęło mi przez myśl, gdy zobaczyłam za szybą wkurzoną twarz mojej mamy.
Zjechała z drogi swoim czerwonym volkswagenem i przywołała mnie ręką. Kiedy szłam do niej, szybko usuwałam sms'y, bo wiedziałam, że jeśli dostanę szlaban to na telefon.
- Co ty tu robisz? - zapytała podejrzliwie.
- No bo tego... skończyłam lekcje szybciej dzisiaj. Jesień jest, nauczyciele chorują - starałam się, żeby to brzmiało normalnie.
- A gdzie dziewczyny?
- Poszły, bo było im zimno. Ja jeszcze byłam w Biedronce.
- Wsiadaj - powiedziała po chwili rozkazującym tonem.
Weszłam do samochodu, w którym jak zwykle pachniało "lasem" przez choinkową zawieszkę. Usiadłam na przednim siedzeniu dla pasażera. Poczułam, że coś wibruje mi w kieszeni. Przez chwilę zastanawiałam się czy wyjąć telefon czy nie. W końcu jednak ciekawość wzięła górę i zaryzykowałam.
- Przepraszam Juleczko, naprawdę nie chciałam cię urazić, nie miałam też nic złego na myśli. Proszę cię, spotkajmy się na piwie jeszcze raz. Wszystko ci wytłumaczę - napisała Marzena.
Patrzyłam nieruchomo w ekran. Po chwili poczułam na sobie wzrok mamy.
- Z kim piszesz? - zapytała.
- Patrz na drogę - powiedziałam, żeby oderwała ode mnie wzrok. - To tylko Plus.
- Daj mi telefon.
- Nie - odpowiedziałam i schowałam go szybko do kieszeni.
Zatrzymała samochód na poboczu i wyciągnęła rękę.
- Daj mi ten zasrany telefon! - krzyczała.
Wydawało mi się, że usunęłam sms'a od Marzeny. Z bijącym sercem oddałam jej telefon. Wbiłam wzrok w kaczkę pływającą po powierzchni Warty.
- Szlaban na dwa tygodnie - powiedziała i ruszyła ponownie.
- Ale za co? - spytałam zdziwiona. Myślałam, że umiem dobrze kłamać.
- Wiem, że wcale nie byłaś w szkole.
Nawet nie miałam zamiaru dopytywać się skąd wie. Modliłam się tylko, żeby nikt do mnie nie pisał. Zwłaszcza Marzena.
Po powrocie do domu rzuciłam plecak w kąt i położyłam się. W telewizji akurat leciały "Trudne Sprawy". Nie minęło dwadzieścia minut, a moja mama wparowała wściekła do pokoju. Pokazała mi sms'a od Marzeny, którego jednak nie skasowałam.
- Co to ma być?! Nie chodzisz do szkoły, bo spotykasz się z jakimiś dziewuchami na piwie?! Kto to jest ta Marzena?!
- Mamo, prosze cię, to koleżanka ze szkoły.
- Taak? Ciekawe czy jej matka jej na to pozwala. Nie dostaniesz telefonu przez miesiąc, a o komputerze możesz pomarzyć.
Wyszła z pokoju. Byłam taka zła na siebie, że myślałam, że za chwile wybuchnę, a na ścianach zostaną resztki mojego zmiksowanego mózgu. Rzuciłam fioletową poduszką z całej siły w drzwi. Rozpłakałam się. Przecież ja bez komputera i telefonu to jak bez rąk. Tak, wiem, że to już uzależnienie. Chciałam porozmawiać z Marzeną bardziej niż kiedykolwiek, ale nawet nie było na to szans. Starałam się przetłumaczyć sobie, że to tylko Marzena, taka sama dziewczyna jak wszystkie inne moje koleżanki. Tylko, że będąc z nimi nigdy nie czułam czegoś takiego jak z nią. Hmm, nie... ona z pewnością nie była zwyczajna. Ciągle myślałam o jej herbacianych oczach i delikatnych dłoniach, a to wszystko napawało mnie obrzydzeniem do samej siebie...

niedziela, 1 stycznia 2012

Piwo

- Julia! Julia! Wstawaj do szkoły.
Otworzyłam oczy i dostrzegłam nad sobą twarz mojej mamy.
- Nigdzie nie idę - powiedziałam i nakryłam się kołdrą pod samą szyję.
- Za dziesięć minut widzę cię w kuchni.
Wiedziałam, że już nie zasnę, ale nie miałam najmniejszej ochoty by opuszczać łóżko. Sięgnęłam pod poduszkę po telefon. Była godzina 6:50.
- Hej - pisała Marzena.
- Eee, cześć.
- Co masz dzisiaj w planach?
- Właściwie to nic.
- Mam dzisiaj wolne. Może pójdziemy na jakieś piwo? - zaproponowała.
Już chciałam ją wyzwać, ale się powstrzymałam. Mimo, że nigdy nie chodziłam na wagary ani nie przepadałam za alkoholem naszła mnie ochota na zobaczenie się z nią. Ciekawość wtedy mną pokierowała.
- No dobra. O dziesiątej pod szkołą muzyczną?
- Nie ma sprawy. Do zobaczenia.
Weszłam do kuchni. Moja mama siedziała na krześle. Zaspana. W fioletowej, babcinej koszuli nocnej.
- Idzie moja hrabina jednak do szkoły?
- Ta, jasne, pewnie - powiedziałam i poszłam do łazienki.
Spojrzałam na swoją twarz w niewielkim lustrze wiszącym na błękitnej ścianie. Małe, zaspane, jasnozielone oczy otoczone jasnymi, krótkimi rzęsami praktycznie znikały pod długą, rudą grzywką. Policzki i nos nakrapiane były piegami. Zupełnie nie wiem dlaczego, ale przemknęło mi wtedy przez myśl, że mogę jej się nie spodobać. Z przerażeniem odepchnęłam te myśli. Nie chciałam, żeby zależało mi na dziewczynie.
Umyłam zęby, nałożyłam na twarz fluid, żeby zakryć znienawidzone piegi, po jasnych rzęsach przeciągnęłam tusz i podpięłam grzywkę. Spakowałam szybko śniadanie i aparat do plecaka i wyszłam z domu.
Zostały mi jeszcze dwie godziny do spotkania, więc poszłam do parku. Porobiłam mnóstwo zdjęć. Jesień jest taka fotogeniczna.
- A ty nie idziesz dzisiaj do szkoły? - napisała koleżanka.
- Nie, źle się czuje, wiesz? Zostałam w domu.
Skłamałam, bo co miałam jej napisać? Że idę na piwo z dziewczyną, która prawdopodobnie jest bi?
Kilka minut przed dziesiątą poszłam pod szkołę muzyczną. Był to dość spory, szary budynek stojący przy końcu drogi. Marzena już tam była. Miała na sobie długi, czerwony płaszcz, czarne trampki do połowy łydek oraz jeansowe spodnie. Podeszłam do niej. Przyjrzałam jej się z bliska. Miała kruczoczarne, długie, kręcone włosy i ciemnoherbaciane oczy. Jej twarz wydawała mi się bardzo znajoma. Zapewne wiele razy mijałam ją na ulicy.
- Co tak długo? - zapytała uśmiechając się.
- Co ty mówisz? Jest punkt dziesiąta - odpowiedziałam również z uśmiechem.
- No cóż. Najwidoczniej nie mogłam się doczekać. Idziemy na to piwo? Ja stawiam.
- Nom, chodźmy.
Rozmawiałyśmy... właściwie o niczym. Poszłyśmy pod pewien sklep, potocznie nazywany "nowym warzywniakiem", pomimo tego, że istniał ponad trzy lata. Tylko tam można było kupić piwo bez problemów. Ruszyłyśmy do parku. Było chłodno, lecz zupełnie nie zwracałam na to uwagi. Usiadłyśmy na ławce, na tej samej, na której tak niedawno płakałam przez Rafała.
- Co tak posmutniałaś? - zapytała.
Opowiedziałam jej całą historię.
- Faceci to świnie. Dziewczyna by cię tak nie skrzywdziła - powiedziała cicho i złapała mnie za rękę. Odruchową ją odsunęłam.
- Ekhm, co ty robisz? - zapytałam.
- Nic, przepraszam - wyraźnie się speszyła.
Zapadła niezręczna cisza.
- Lepiej już pójdę - powiedziałam.
Wstałam i szybkim krokiem ruszyłam wzdłuż alejki.
- Zaczekaj! - krzyknęła Marzena, ale to zignorowałam.
Chwilę potem byłam na głównej ulicy. Usłyszałam klakson... To była moja mama...