- Julia! Julia! Wstawaj do szkoły.
Otworzyłam oczy i dostrzegłam nad sobą twarz mojej mamy.
- Nigdzie nie idę - powiedziałam i nakryłam się kołdrą pod samą szyję.
- Za dziesięć minut widzę cię w kuchni.
Wiedziałam, że już nie zasnę, ale nie miałam najmniejszej ochoty by opuszczać łóżko. Sięgnęłam pod poduszkę po telefon. Była godzina 6:50.
- Hej - pisała Marzena.
- Eee, cześć.
- Co masz dzisiaj w planach?
- Właściwie to nic.
- Mam dzisiaj wolne. Może pójdziemy na jakieś piwo? - zaproponowała.
Już chciałam ją wyzwać, ale się powstrzymałam. Mimo, że nigdy nie chodziłam na wagary ani nie przepadałam za alkoholem naszła mnie ochota na zobaczenie się z nią. Ciekawość wtedy mną pokierowała.
- No dobra. O dziesiątej pod szkołą muzyczną?
- Nie ma sprawy. Do zobaczenia.
Weszłam do kuchni. Moja mama siedziała na krześle. Zaspana. W fioletowej, babcinej koszuli nocnej.
- Idzie moja hrabina jednak do szkoły?
- Ta, jasne, pewnie - powiedziałam i poszłam do łazienki.
Spojrzałam na swoją twarz w niewielkim lustrze wiszącym na błękitnej ścianie. Małe, zaspane, jasnozielone oczy otoczone jasnymi, krótkimi rzęsami praktycznie znikały pod długą, rudą grzywką. Policzki i nos nakrapiane były piegami. Zupełnie nie wiem dlaczego, ale przemknęło mi wtedy przez myśl, że mogę jej się nie spodobać. Z przerażeniem odepchnęłam te myśli. Nie chciałam, żeby zależało mi na dziewczynie.
Umyłam zęby, nałożyłam na twarz fluid, żeby zakryć znienawidzone piegi, po jasnych rzęsach przeciągnęłam tusz i podpięłam grzywkę. Spakowałam szybko śniadanie i aparat do plecaka i wyszłam z domu.
Zostały mi jeszcze dwie godziny do spotkania, więc poszłam do parku. Porobiłam mnóstwo zdjęć. Jesień jest taka fotogeniczna.
- A ty nie idziesz dzisiaj do szkoły? - napisała koleżanka.
- Nie, źle się czuje, wiesz? Zostałam w domu.
Skłamałam, bo co miałam jej napisać? Że idę na piwo z dziewczyną, która prawdopodobnie jest bi?
Kilka minut przed dziesiątą poszłam pod szkołę muzyczną. Był to dość spory, szary budynek stojący przy końcu drogi. Marzena już tam była. Miała na sobie długi, czerwony płaszcz, czarne trampki do połowy łydek oraz jeansowe spodnie. Podeszłam do niej. Przyjrzałam jej się z bliska. Miała kruczoczarne, długie, kręcone włosy i ciemnoherbaciane oczy. Jej twarz wydawała mi się bardzo znajoma. Zapewne wiele razy mijałam ją na ulicy.
- Co tak długo? - zapytała uśmiechając się.
- Co ty mówisz? Jest punkt dziesiąta - odpowiedziałam również z uśmiechem.
- No cóż. Najwidoczniej nie mogłam się doczekać. Idziemy na to piwo? Ja stawiam.
- Nom, chodźmy.
Rozmawiałyśmy... właściwie o niczym. Poszłyśmy pod pewien sklep, potocznie nazywany "nowym warzywniakiem", pomimo tego, że istniał ponad trzy lata. Tylko tam można było kupić piwo bez problemów. Ruszyłyśmy do parku. Było chłodno, lecz zupełnie nie zwracałam na to uwagi. Usiadłyśmy na ławce, na tej samej, na której tak niedawno płakałam przez Rafała.
- Co tak posmutniałaś? - zapytała.
Opowiedziałam jej całą historię.
- Faceci to świnie. Dziewczyna by cię tak nie skrzywdziła - powiedziała cicho i złapała mnie za rękę. Odruchową ją odsunęłam.
- Ekhm, co ty robisz? - zapytałam.
- Nic, przepraszam - wyraźnie się speszyła.
Zapadła niezręczna cisza.
- Lepiej już pójdę - powiedziałam.
Wstałam i szybkim krokiem ruszyłam wzdłuż alejki.
- Zaczekaj! - krzyknęła Marzena, ale to zignorowałam.
Chwilę potem byłam na głównej ulicy. Usłyszałam klakson... To była moja mama...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz