Zadzwonił telefon. Pomyślałam, że to Monika znowu chce się wykręcać. Jednak nie ona dzwoniła. To była jej mama.
- Dzień dobry, z tej strony mama Moniki. Dzwonię, żeby powiedzieć, że jest w szpitalu…
- W szpitalu? Jak to? Co się stało?
- Została pobita, gdy szła na spotkanie z tobą. Na szczęście nie ma uszkodzonych żadnych narządów.
- O matko… Zaraz do niej pojadę, w jakim szpitalu jest?
- Niedaleko dworca PKP, nie jestem w stanie sobie przypomnieć nazwy ulicy, w takim jestem szoku.
- Nie szkodzi, poradzę sobie. Dziękuję pani, do widzenia.
Dopiero co weszłam do domu, byłam więc ubrana. Jedynie wzięłam z lodówki długaśnego kabanosa i poleciałam do szpitala, konsumując go po drodze. Z pomocą kilku przechodniów udało mi się dotrzeć dość szybko. Jakoś wcześniej nie zwróciłam uwagi na to, że przy dworcu był jakiś szpital. W dodatku był, że tak powiem, schowany wśród innych budynków. Ale co ja będę o szpitalu opowiadać i o budynkach jakichś, nie? No więc, weszłam do sali, w której leżała Monika. Miała posiniaczoną całą twarz i ręce. Brzuch też.
- Boże, Monika, kto ci to zrobił – usiadłam na krześle przy łóżku i wzięłam ją za rękę.
- Nie jestem pewna, ale…
- No mów, mów.
- To chyba był Marcin. – odwróciła głowę i zaczęła płakać.
- Ej, mała, nie płacz. Jeśli to naprawdę Marcin, to mu zrobię taką awanturę, że przez pół roku go będą palcami wytykać. – otarłam jej delikatnie łzy z policzka – No już, nie płacz. Jestem przy tobie, nic ci nie grozi.
Ktoś wszedł do pokoju. Właściwie, to nie ktoś, a Marcin. Wstałam z krzesła, podeszłam do niego i wyprowadziłam, żeby porozmawiać na osobności.
- Ty wiesz, kto to zrobił, prawda? – patrzałam mu prosto w oczy, widziałam niepokój, byłam wściekła.
- Nie, skąd miałbym wiedzieć? Kolega dał znak, że jakaś twoja koleżanka leży tu pobita.
- Jaki kolega?
- A taki jeden… Nie znasz. I raczej nie chcesz poznać, wredny strasznie. A właśnie, obiecałem ci drugi naszyjnik. – wyjął z kieszeni identyczne pudełeczko, jak wcześniej, z identycznym naszyjnikiem.
- Łał… Nie sądziłam, że tak szybko… że w ogóle… - zaniemówiłam.
Założył mi go i pocałował w czoło. Nie mogłam uwierzyć, że zdobył ten naszyjnik tak szybko. Przecież on musiał kosztować krocie! Chyba, że go nie kupił… Ale nie, on nie był taki. Chyba. Powiedziałam mu, żeby poszedł do domu, a ja za mniej więcej godzinę się do niego odezwę. Poszłam z powrotem do Moniki, powiedzieć jej, że Marcin raczej tego nie zrobił, i pochwalić się naszyjnikiem.
- Skąd on go tak szybko skombinował? – zapytała.
- Nie mam pojęcia, dla mnie też się to dziwne zdaje…
- A co jeśli on go ukradł? Skąd taki koleś jak on mógłby mieć kasę na dwa takie naszyjniki. Dwa! – powtórzyła dla podkreślenia.
- Ech… Ja muszę lecieć. Nie zostawiłam żadnej kartki w domu, ani nie zadzwoniłam. Mama się pewnie martwi. Pa.
- Pa…
Pospieszyłam do domu. Każdy chyba wie, że zła mamusia dobrze nie wróży. Samochód stał przy domu, chciałam wejść tylnym wejściem i palić głupa, że niby cały czas byłam, tylko mnie nie zauważyła. No ale, jak to ja, nie pomyślałam i wzięłam tylko klucze od frontowego wejścia. Wyciągnęłam pęczek kluczy z kieszeni, wybrałam odpowiedni, włożyłam do dziurki, bez skojarzeń, przekręciłam. Otworzyłam drzwi i moim oczom ukazał się ten straszny widok… To zbyt drastyczne, żeby o tym mówić! Ale powiedzieć Wam? Na pewno? Ale na sto procent!? No dobrze… Moim oczom ukazał się widok… Mamy. Mamy, która wzięła sobie fotel z salonu i postawiła go przed drzwiami. Patrzała na mnie spode łba. To było… Dziwne. Co najmniej dziwne.