Przyjaciółkowy czat

piątek, 30 grudnia 2011

Nowa osoba

Przez pierwszą połowę listopada byłam jak bezmózgi zombie. Nie potrafiłam myśleć. Dopiero, gdy posypały się same jedynki i wszyscy zaczęli na mnie narzekać rozpoczęłam proces powolnego wracania do siebie. Doszłam do wniosku, że nie mogę sobie zepsuć życia przez jakiegoś chłopaka. Nawet jeśli to był mój idealny Wiktor, ten, którego kochałam całym sercem. W końcu on był szczęśliwy z tą swoją "blond pięknością", a ja też powinnam zasługiwać na szczęście.
Poprawiłam oceny, co nie było trudne, bo początkowy materiał licealny jest na poziomie gimnazjum. Powoli zaczęłam otwierać się na ludzi, mimo że nigdy nie zależało mi na kontaktach towarzyskich. Wolałam posiedzieć w domu, z książką lub przy komputerze, aniżeli lansować się po jakichś imprezach. Lecz w głębi duszy, gdzieś tam w środku, byłam pewna, że nie będę miała chłopaka przez długi, długi czas.
Pewnego dnia, gdy siedziałam na łóżku i czytałam ciekawą książkę o cesarzach rzymskich, dostałam sms'a od nieznanego numeru.
- Tomek?
- Nie? Julia - odpisałam.
Byłam zła. Zawsze się złoszczę, gdy dostaje sms'a od obcego numeru.
- Przepraszam, pomyłka, ale miło poznać. Ja jestem Marzena.
- Aha, fajnie wiedzieć - odpisałam, wyciszyłam telefon i wróciłam do czytania.
Po chwili jednak z ciekawości wyjęłam telefon, żeby zobaczyć czy "znajoma nieznajoma" odpisała.
- Nom, kurcze, ja to jestem kaleka. Zawsze coś pomylę. Ale nudzi mi się strasznie. Może popiszemy?
- A może nie?
- Heh. To ja może powiem coś o sobie. Mam szesnaście lat i jestem z Koła - wyprowadziła mnie z równowagi tym zagadywaniem, ale jej wiek i zamieszkanie nie pozwoliły mi nie odpisać.
- Oo, gdzie chodzisz do szkoły? - zapytałam.
- Do Technikum. A co, ty też tu z okolic? - zapytała. A jednak nie była taka głupia jak myślałam.
- Ta.
- Ooo! Ale słodko! A ile masz lat?
- Tyle co ty, rówieśniczko.
- No nie wierzę.
Sms do sms'a i rozpoczęła się w miare cywilizowana rozmowa. Zwierzała mi się ze swoich problemów wielkiej wagi, typu: "mam okres, mama zabrała mi kieszonkowe, nie wiem na jaki kolor pomalować paznokcie", a ja wysłuchiwałam jej i w głębi duszy zazdrościłam zmartwień.
Pisałyśmy do późnego wieczora. Początkowo traktowałam ją oschle, ale potem zaciekawiło mnie jej podejście do życia. Przeraziło mnie, lecz zaintrygowało zarazem jej stwierdzenie, że "tylko biseksualiści mogą kochać cały świat".
- To może być początek ciekawej znajomości - podsumowała na koniec...

środa, 28 grudnia 2011

Wiktor...

Kolejna nudna sobota. Nic tylko zamknąć się w pokoju i ryczeć w niebo głosy do poduszki. Dalej się nie pozbierałam, nie mogłam uwerzyć w to, co mi zrobił. Pozostało mi tylko czekać, na nową miłość którą na pewno spotkam niedługo w swoim marnym życiu. Kolejne dni upływały... właściwie nie upływały. Miałam wrażenie, że czas się zatrzymał, jest piątek trzynastego, a ja utknęłam pod drabiną, stojąc na pęknięciu, w otoczeniu czarnych kotów i kawałków rozbitego lustra. Nie wiedziałam co się wokół mnie dzieje. Dwa tygodnie - jak wskazywał kalendarz - po tym jak zobaczyłam Wiktora z Olką. Wpadły do mnie koleżanki. Chciały wyciągnąć mnie do kina. Broniłam się przed tym, ponieważ nie chciałam przebywać w towarzystwie wymuszonych uśmiechów i sztucznych pocieszeń. W końcu jednak się złamałam.
Nie wiem czy to dobrze, że tak wyszło. Gdybym nie poszła do tego kina, to pewnie nadal żyłabym w stanie błogiej nieświadomości.
Ale może zacznę od początku. O godzinie osiemnastej miał zacząć się film. Włożyłam na siebie białą bluzkę, moją ulubioną jasnoszarą bluzę, jasne jeansy i moje kochane buty, o trzy rozmiary za duże (nie, to nie przesada). Wyszłam z domu. Na końcu ulicy zauważyłam dziewczyny.
- Ej! Czekajcie! - krzyknęłam i pobiegłam do nich, o mało co się nie przewracając.
- Fajnie, że jednak się zgodziłaś - powiedziała jedna z nich.
Powoli poszłyśmy przez park w stronę brzydkiego, pomarańczowego budynku kina. Pogoda była wyjątkowo ładna jak na połowę września. Znalazłyśmy się tam o pół godziny wcześniej, więc usiadłyśmy na zielonej ławce w parku. Żartowałyśmy i wygłupiałyśmy się.
- Ej, Jula, co byś zrobiła, jakby teraz Wiktor wyszedł tu zza krzaka? - zapytała nagle koleżanka.
- Przestań - uśmiech spełzł mi z twarzy.
- Dobra, sory, sory, już się nie fochaj - powiedziała i trąciła mnie łokciem.
Nie minęło dziesięć minut, a na parkowej alejce pojawił się Wiktor. Oczywiście nie sam. Za rękę trzymał niewysoką blondynkę. Różnica wzrostu między nimi była tak wielka, że aż komiczna. A może to zazdrość przeze mnie przemawia... hmm.
Wtedy nawet nie byłam smutna, byłam wściekła! Podeszłam do niego i z całej siły "sprzedałam mu liścia". Na jego policzku pojawił się czerwony ślad, co w głębi duszy sprawiło mi radość.
- Julia! Co ty robisz?!
- Nienawidzę cię! - krzyknęłam i odeszłam.
- Głupia jakaś czy co? - usłyszałam jej skrzeczenie za plecami.
Zacisnęłam pięści. Czułam jak krew wzburzyła się w moich żyłach. Usiadłam na ławce i zaczęłam płakać. Ludzie idący tamtędy na seans dziwnie na mnie patrzyli. Ogarnęłam się, otarłam łzy i poszłam do domu.
- Juleczko, to jak z tym Wiktorem? Widziałam go z jakąś dziewczyną, szli za rękę - powiedziała moja mama, gdy przekroczyłam próg.
- Daj mi spokój! - krzyknęłam i rzuciłam się zapłakana na łóżko.
Nigdy się tak podle nie czułam. Dzień rozpaczy to był pikuś z tym, co przeżyłam pod kinem. Nie chciałam się mścić... chciałam umrzeć...

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Przeznaczenie

Gdy doszłam do szkoły lało. Deszcz był ciepły, lecz mi było zimno. Nie miałam parasolki, więc na konkurs dotarłam cała mokra. Woda leciała mi wszędzie. Aż do pewnego czasu. Podszedł do mnie Piotrek i dał mi ręcznik, skąd on wiedział?
- Cześć, masz wytrzyj się - powiedział uśmiechając się głupio i wręczając mi ręcznik.
Dziwnie się poczułam, jakby nie spuszczał mnie z oka.
- Cześć, dziękuję - powiedziałam susząc sobie włosy ręcznikiem. Zobaczyłam Olke, szła w moją stronę. Odrazu do mnie przybiegła.
- Cześć, emmm, Julka - jąkała się.
- Cześć - powiedziałam niechętnie, nawet na nią nie spojrzałam. Jak można być tak lekkomyślnym? Przecież oni ze sobą zerwali.
- Słuchaj, chciałam Cię bardzo przeprosić za wczoraj - dukała i dukała przeprosiny jakby się wyuczyła na pamięć co ma mi powiedzieć. - To, co się stało... Ehhh... nie mogę sobie wybaczyć, to miałbyć twój chłopak. Ale to nie ja, to on, to nie ja - mówiła i mówiła. Zrobiło mi sie jej żal. Widziałam jak łzy zapełniają jej malutkie oczka. Podeszłam do niej.
- Naprawdę? - zapytałam.
- Tak, nie okłamałabym Cię - powiedziała do mnie ale patrzyła się na podłogę.
Po czym ją przytuliłam, nie chciałam sie z nią więcej kłócić.
- Przepraszam, przepraszam. Wszystko Ci zrujnowałam - mówiła płacząc.
- No dobrze, już. Nie płacz. Mamy konkurs pamiętasz? Głowa do góry... było, minęło. Nie będę mogła mu drugi raz zaufać. No dobra, choćmy. - powiedziałam. Poszłyśmy do sali w której miałyśmy konkurs. Nie poszło mi źle. Pytania były o tym o czym się uczyłam. Jedno było banalne, czy mucha to kręgowiec czy bez kręgowiec? Odpowiedź była jasna, odpowiedź b kręgowiec. Reszta pytań też była łatwa, szybko mi poszło. Zanim się obejrzałam było koniec testu. Zdziwiłam się, myślałam że robiłam ten test z jakieś dwadzieścia minut, a się okazało że dwie i pół godziny. Straciłam rachubę czasu. Teraz tylko siedzieć i czekać tygodnie na wyniki.

Nowość

Do tej pory, nie wiedziałam że moje życie może się tak zmienić. Nie wiedziałam na co tak naprawde stać moją mamę.
- Dzieci, wychodzę - wypaliła jak weszłam do kuchni.
- A gdzie idziesz? Jesteś taka wystrojona... - zaciekawiło mnie to, że się wystroiła tak jak wtedy na śmierci pradziadka. Nigdy nie widziałam jej w tym stroju. Ta czarna marynarka, i te spodnie wcale do niej nie pasowały. Zawsze widziałam ją tylko w spudniczkach, czy szła na jakiś pogrzeb czy co?
- Nie wasza sprawa, mam interesy, dowidzenia - powiedziała i wyszła trzaskając drzwiami.
- Ciekawe co ją napadło - zaciekawiłam się, chyba źle że powiedziałam to na głos.
- Zapadła w szał, coś głupiego wbiło jej się do głowy - zaczęliśmy się śmiać, potem Luzka trochę gadała o swoich biegach... bla...bla...bla...
Nigdy mi się o tym nie chce słuchać, czasami nawet myślę że ona woli biegać niż spędzać czas z Krzyśkiem, jej chlopakiem. Ale jej życie, jej sprawa. Ja miałam ważniejsze sprawy niż słuchane o tym jak przegrała tydzień temu na biegach na boisku. Musiałam się przygotować na konkurs z biologi. Kręgowce, bez kręgowce i te inne... Wróciłam do pokoju i się jeszcze trochę po uczyłam. Zasnęłam przy książkach, nie dziwie się, spędziłam nad nimi trzy i pół godziny. Ale nic, chcę być pewna, że wszystko umiem na blachę. Godzina do konkursu, muszę się powoli zbierać. Robi się coraz zimniej, więc założę szalik, moją marynarkę i botki. Ciekawe co mnie tam czeka, i czy zobaczę Olke. Całą drogę do szkoły myślałam o mamie, co ona znowu wymyśliła?

Halloween

31 Październik, znany jako Halloween. Duchy, wiedźmy, zjawy i to co najgorsze... wampiry. Postanowiłam pujść zbierać cukierki. Zbliżała się noc, więc szybko przyodziałam się w mój strój, czarnej wdowy. Miałam na sobie sukienke całą czarną, porwałam ją w niektórych miejscach żeby nie było że czarna wdowa to czyścioszka. Pomalowałam rzęsy, usta na biało. Gdybym nie wiedziała kim jestem sama bym się siebie przestraszyła.
Zbliżała się noc, więc dzielnymi krokami wyruszyłam na łowy cukierków. Obawiałam się jednak, że ktoś mnie przestraszy bądź zamorduje. Gdy podchodziłam do udekorowanych domków, serducho mi waliło jak szalone, a gdy odchodziłam przestawało. Dziwnie się czułam chodząc sama, w tamtej chwili zobaczyłam Wiktora. Szedł sam drogą, z wielką torbą słodyczy. Schowałam się za najbliższym drzewem, nie chciałam by mnie zauważył. Chwilę potem, przekroczył to drzewo za którym się ukruwałam, nie zauważył mnie. W tej chwili zobaczyłam nie kogo innego tylko ją, nie Magde, Sare, Zuzie, tylko ją! Olke! Na własne oczy to widziałam, jak ona mogła mi to zrobić. Już prawie wyszłam zza tego drzewa. Nie miałam siły. Zobaczyłam jak Wiktor i Ola się, się się.... pocałowali! Jak oni mogli! Czy ja coś zrobiłam nie tak?
- Jesteś najgorszym chłopakiem na świecie! - wypaliłam wychodząc zza drzewa. Zobaczyłam, że Olka i Wiktor się na mnie patrzą, więc odwróciłam się i pobiegłam w stronę domu.
- Julka, czekaj no! - Wiktor krzyczał cały czas. Odwróciłam się na chwile i zobaczyłam Olke, siedzącą pod drzewem, płaczącą i Wiktora biegnącego do mnie. Nie miałam siły dalej biec, więc szłam.
- Julka, przepraszam! - krzyczy Wiktor, złapał mnie za ramię.
- Co ty sobie myślisz? - odpaliłam odrazu jak mnie złapał.
Popatrzał się na mnie głupio, jakby nie wiedział co sie stało.
- Co ty sobie myślisz? - powtórzyłam z jeszcze większym zdenerwowaniem, czułam jak łzy napełniają moje oczy.
- Ja, Ja, nie chciałem, samo tak wyszło. - powiedział spoglądając na Olke.
- Aha, czyli wszystko samo tak wychodzi co? Wiesz co? Nie chcę Cię znać! - wyrwałam się od niego, i pobiegłam do domu. Jak on mógł mi to zrobić? Nie jestem najlepszą dziewczyną na świecie, ale sam fakt. Teraz przynajmniej już wiem, że mu ufać nie mogę. Słyszałam jak Wiktor do mnie krzyczy abym się uspokoiła i z nim porozmawiała. Ale czy moja miłość dalej jest taka mocna jak poprzednio, czy już wygasła? Nie wiem. Ale nie, nie dałam mu się. Gdy tylko przybyłam do domu wbiegłam do pokoju i rzuciłam się na poduszkę, płacząc.
- Julka, co się dzieje? - do mojego pokoju weszła Luiza, w prawdzie nigdy dla mnie czasu nie miała, to co się zmieniło teraz? Wolnym krokiem przyszła pod moje łóżko, i usiadła na krawędzi.
- No wiesz, pamiętasz Wiktora? Miałam iść z nim do Kina w niedziele... - powiedziałam smutno kładąc się zpowrotem na poduszkę.
- No tak, szalejesz za nim pare lat, obiło mi się o uszy. - zaczęła się śmiać. Zawsze miała fantastyczne poczucie humoru, zawsze umiała pocieszać.
- Już koniec z nim, nie mam zamiaru go znać, widziałam jak się całował z Olką, na moich oczach - powiedziałam smutno. Luiza mnie objęła.
- Nie martw się, wszystko się jeszcze jakoś ułoży, znajdziesz kogoś nowego. - uśmiechnęła się i wyszła z mojego pokoju. A ja parę chwil po tym, zasnęłam.

Konkurs?

Dzisiaj, okazało się że zostałam zgłoszona na konkurs. No, spuźniłam się trochę do szkoły na godzinę wychowawczą i mnie dali do konkursu bez pozwolenia. Jak moja klasa śmie?
- Do jakiego konkursu mnie daliście - zapytałam ze swoją srogą miną.
- Do biologi, jesteś najlepsza - powiedziała Sara i uśmiechnęła się, która siedziała tuż za mną.
Mamy dwie Sary w klasie, ale ta za mną jest lepsza.
- Aha, a co dokładnie w nim chodzi? Jaki będzie materiał? - zapytałam się Sary, bo wiedziałam, że będzie wiedziała. Dowiedziałam się wkońcu od niej, że jestem w grupie 'A' i że będę konkurowała z Drugą A, B, C, D i E. Ja akurat jestem w F. Najlepsze osoby są w F. Jest parę grup, ale ja się skupiam na mojej. Wiem, że pare moich przyjaciółek z przedszkola czy z podstawówki są w grupie 'A'. Będzie o tym co się uczyliśmy w podstawówce, kręgowce i bez kręgowce, rośliny, ssaki i takie tam. Przecież ja to wszystko znam na pamięć. A myślałam że będzie to coś co robimy teraz.
- Kiedy dokładnie ten konkurs? - odwróciłam się do Sary.
- W sobotę, o siedemnastej tutaj w szkole. Musisz przyjść, jak nie przyjdziesz to po naszej klasie. Wiesz kto jest twoim zastępcą? Patrycja, a wiemy że ona lepsza z fizy niż z bioly. - powiedziała do mnie i się zaczęła śmiać bo ją Rafał ciągnął za włosy. Kochał się w niej, każdy to może powiedzieć. Tylko on nic po sobie nie pokazuje, o nie nie.
- Nom, każdy to wie. - odpowiedziałam.
Ale chała, odrazu pomyślałam jak mi Sara powiedziała że o siedemnastej, przecież o siedemnastej idę do kina z Wiktorem, mam wybierać? Miłość czy szkoła?
Jak mam wybrać? Co mi pomoże? Jak się dowiedzieć? Chyba, że przeniosę randke na niedziele, bo nie wiem ile trwa ten konkurs. Tak. To będzie najlepsze wyjście.
O! Wiktor idzie!
- Wiktor, Wiktor!
- No, co jest?
- Muszę przełożyć naszą randke na niedziele, pasuje Ci?
- Ta jasne, nie ma sprawy. Sam na Ciebie głosowałem do konkursu z biologii.
- Fajnie, że rozumiesz. To do niedzieli.
Wydawało mi się jakby dziwnie na mnie patrzał, ale co z tego. Człowiek rozumie, że mam konkurs. To najważniejsze.

niedziela, 25 grudnia 2011

Miłości

Ten dzień, to jest chyba najlepszy dzień w moim życiu. Nie wyobraziłabym go sobie inaczej, no może. Ale do rzeczy, więc, więc....ah nie mogę powiedzieć z wrażenia. Wiktor się ze mną umuwił!! Tak, nareszcie. Nie myślałam że ten dzień kiedyś nastąpi, nie wiedziałam. Nie myślałam nawet nad tym, zaprosił mnie do kina jak wracaliśmy razem do domu. No wiecie, mieszka w bloku obok. Dałam mu buzi w policzek po czym się zarumienił, pożegnał się i rozeszliśmy się do swoich domów. Moja pierwsza randka, super. Tylko dziwi mnie jedno, nigdy się mną nie interesował, tylko mnie zaczepiał. Ciągał za włosy, zresztą jak każdy chłopak w tych czasach... Miłość jest piękna, nie prawdaż? Muszę szybko napisać Kasi maila. Opisałam jej wszystko ze szczegółami.
Gdy Kasia mi odpisała, mało nie spadłam z krzesła, oto jej mail.

Cześć Julka,
Bardzo się cieszę, że Wiktor się z Tobą wkońcu umówił. Wkońcu zawsze o tym marzyłaś. Bardzo się z tego ciesze jak nie wiem co :)
A ta dziewczyna, o której mi opowiadałaś wydaje się spoko, jak wrócę na święta, to się okaże.
Wiesz, nie jesteś jedyna, która idzie na randke. Mianowicie ja też idę, nazywa się Piotrek, mieszka w tym samym mieście co Ja i chodzi do tej samej klasy. W sobotę idziemy do kina, po angielsku oczywiście.

Papa, całuski Kaśka.
PS: Puźniej Ci wyślę jego zdjęcie :P

Kurcze, czy to nie cudowne? Ja i Kaśka będziemy miały wkońcu chłopaków. Znaczy, Kaśka już zaliczyła paredziesiąt z naszego roku, ale nigdy nie była z nimi dłużejsz niż dwa tygodnie, trzy tygodnie maks. Zapowiada się nudne popołudnie. Chyba pujdę z Miśkiem na spacer. Gdy byłyśmy na dworzu, nic bardziej upokarzającego nie mogło mi się przytrafić. No jest jesień, ale to przesada. Żeby takie wielkie kałuże były, to nie do pomyślenia.
- Kulka, Kulka! Choć tu sybko! - gada mój brat.
- Idę, idę. - odpowiedziałam.
Po drodzę do niego szłam, i poślizgnęłam się tak że wpadłam w kałużę. A najgorsze było to, że na ławce przy placu zabaw około trzydzieściu metrów odemnie siedział Wiktor z Wojtkiem i Karolem. Myślałam, że się spalę ze wstydu, wezmę Miśka pod pache i w nogi. Ale nie. O dziwo, Karol do mnie podbiegł i pomógł mi wstać, kiedy Wiktor dalej gadał sobie z Wojtkiem, jakby mnie w ogóle nie widział. No cóż, mój pech. Po wydarzeniu wybrałam się do domu. Zjadłam kolację, pokłuciłam się z Luizą, w prawdze dzien prawie jak co dzień.

sobota, 24 grudnia 2011

Dziewczyna

Każdy siedzi w ławce i słucha się Pani wychowawczyni. Mam najskrytsze myśli co do paru rzeczy. Między innymi o zerwaniu Olki z Wiktorem, komu mam wierzyć?
- Dzieci, bądźcie bardzo miłe dla Magdy - gadała bez przerwy pani Kras. Ja miałam mieszane uczucia, do tego jak zareaguje na nią Wiktor, czy ją polubi? Zakocha? Nie wiedziałam co o tym myśleć. Rozległ się dźwięk pukania do drzwi, w drzwiach pani dyrektor.
- Dzień dobry pani dyrektor - wszyscy wstali i powiedzieli, takie są reguły. Jak jakiś nauczyciel wchodził trzebabyło wstać i się przywitać. Nie lubię tej reguły ale pokazujer respekt dla osób starszych.
- Dzień dobry Pani dyrektor - powiedziała pani Kras.
- Nowa dziewczynka Magda będzie chodziła z wami do waszej klasy - powiedziała pani dyrektor, potem mówiła i mówiła na temat respektu...bla...bla...bla...
Po paru chwilach weszła Magda. Była najładniejszą dziewczyną którą kiedy kolwiek widziałam. Miała piękne falowane blond włosy, jasne i wyraziste niebieski oczy. Pomyślałam wtedy czy jest taka jak nasza grupka blondi. No czy jest taka głupia umysłowo i czy tak bardzo uważa że piękno jest najważniejsze. Odrazu pomyślałam że napewno nasza grupka będziee chciała ją zaciągnąć do siebie. Ale nie, nie dam się, nie pozwolę aby nowa Magda cierpiała, chyba, że sama tego chce. W każdym razie, pomijając nasze dziewczyny...
Ona ma taką piękną cere, bez pryszczy i w ogóle. Miała taką białą buźkę z długimi niebieskimi kolczykami co podkreślało jej oczy. Ma białą bluzeczkę i na niej taką granatową, w czym jej bardzo ładnie, oraz ciemno niebieskie dżinsy. Ma także na sobie czarne baletki. Chłopacy odrazu się na nią gapili wielkimi gałami. Dalej są głupkami, dla nich liczy się tylko wygląd a nie osobowość. Ale ta dziewczyna ma gust, naprawdę. Może pomoże mi z moimi ciuchami?
- Dzień dobry pani Kras - powiedziała grzecznie i cichutko Magda.
Spodziewałam się tego, że jak nie ma Kasi, pani Kras posadzi ją obok mnie.
- Dzień dobry Madziu, usiądź proszę tutaj, nikt tu nie siedzi - powiedziała pani Kras, pokazując na wolne miejsce obok mnie.
Po końcu lekji podeszła do mnie.
- Julia, dziecko, ponieważ Madzia jest nowa, i ma plan lekcji taki jak twój. Postanowiłam aby ona się trzymała Ciebie, wiem że ty wiesz że obie nie chcemy aby się ona zadawała z naszymi głupolami prawda?
- Prawda, to do widzenia jutro. Dogonię ją - powiedziałam wstawając i łapiąc tornister.
- Dziękuję Ci - Pani Kras złapała mnie za ramię.
- Madzia! Czekaj - wołałam ją, nie chciałam jej zgubić.
- Ah, cześć. Nie wiem jaką mamy teraz lekcję. Gubię się, to moja trzynasta szkoła. Pomożesz mi? - powiedziała smutno, wiedziałam że będziemy mogły się zaprzyjaźnić.
- Jasne, pokaż swój plan - powiedziałam do niej.
Pokazała mi swój plan, był identyko z moim.
- Wiesz co? Nie musisz chodzić nigdzie sama, tak się składa, że masz lekcje tam gdzie ja. Będziemy mogły siedzieć razem w ławce, bo miejsce się zwolniło.
- Aha, to fajnie - powiedziała i uśmiechnęła się do mnie lekkim uśmiechem pokazując swoje malutkie białe ząbki. Nagle zadzwonił dzwonek na następną lekcję.

piątek, 23 grudnia 2011

Zerwanie

Dzisiaj jest ten dzień, pierwszy dzień nowej dziewczyny i pierwszy dzień bez Kasi. No cóż, jakoś to miało być. Ciekawe czy spotkam dzisiaj Wiktora jak będę szła do szkoły? Przy nim czuję się jakby mnie walnął ktoś młotem. I akurat, miałam dzisiaj wyjątkowe szczęście. Jak szłam do szkoły, Wiktor do mnie podbiegł.
- Hej Julka - powiedział szczęśliwy.
- Kup se klej - odpowiedziałam i zażartowałam. - Hej, co jesteś w takim dobrym humorze?
- A no bo wiesz, dzisiaj jest na nowa, a ja jestem wolny.
- Jak to, wolny? Przecież chodzisz z Olką, no, wydawało mi się tak dwa dni temu - powiedziałam zszokowana.
Wiktor był przecież nią zachwycony. Zerwał z nią przez tą "nową" której nawet nie widział na oczy... A co się stanie jak niestety nie będzie ona taka ładna jak myśli?
- No tak, ale już nie. Olka ze mną zerwała, to nie moja wina - odpowiedział trochę smutno ale dalej miał uśmiech na twarzy.
- Aha, myślałam że to Ty z nią zerwałeś.... - odpowiedziałam jeszcze bardziej w szoku. Nigdy nie pomyślałabym dlaczego Olka miałaby zerwać z Wiktorem. Przecież to największe ciacho jakie znam. Chyba że Olka znalazła se kogoś nowego, to się do niej nie uczepię. A może Wiktor ją zdradził? Może Olka widziała go z jakąś inną? Miałam różne scenariusze w mojej głowie, nie mogłam sobie tego poukładać. Nareszcie Wiktor był wolny, a ja nie mogłam nic z tym zrobić aby był ze mną. Według mnie, jestem za brzydka, żeby się ze mną umówił. Nie odpowiedział, dalej do szkoły szliśmy w milczeniu. Już jak dotarliśmy do szkoły, poleciał do Wojtka i Karola. Ja samotnie poszłam pod klasę, gdzie spotkałam Olę. Siedziała skulona pod drzwiami i płakała.
- Olcia, co Ci? Czemu płaczesz? - podbiegłam do niej i zapytałam zdenerwowana.
- Wi-wi-wiktor ze mną zerwał - łkała.
- Nie, to Ty z nim zerwałaś - powiedziałam oburzona.
- Nie! To Wkitor, powiedział ,że mnie chce że mną chodzić - szkolchała i szlochała coraz więcej.
- Nie płacz, Ola. Przepraszam, ale on mi powiedział co innego. - tłumaczyłam jej, powiedziałam co mi powiedział.
- Aha, to wszystko wyjaśnia.
- Otrząśnij się, wszystko będzie dobrze - pocieszałam ją.
Nagle zadzwonił dzwonek do klasy.

Do widzenia

Dzisiaj jest dzień, w którym Kasia wyjeżdża. Bardzo mi z tego powodu smutno. Ale nie mogę rozpaczać, ponieważ moja NPNZ wyjeżdża. Muszę wziąść się w garść. Tak. Muszę to zrobić. Mam nadzieję, że ta nowa będzie fajna. Że będziemy mogły się kumplować. Muszę otrzeć łezki z moich policzków i patrzeć w przyszłość. Napewno będzie super. Nie. Co ja mówię, bez Kaśki już nie będzie tak samo jak zawsze.
- Julka, Kaśka dzwoni! - krzyczy tato.
- Już idę! - rzuciłam książkę i pobiegłam do taty, ten dał mi telefon. Akurat się składa, że mam szlaban na telefon, ale to za długo historia do opowiadania. Kasia mi powiedziała, że wyjeżdża za godzinę i że chce się ze mną ostatni raz spotkać.
- Tato, wychodzę - powiedziałam idąc do przedpokoju. Założyłam czarne botki, bo nie było już dzisiaj tak cieplutko. Założyłam moją kurtkę i w pośpiechu zakładając buty, wybiegłam z domu.
- Tylko nie wracaj za puźno - ojciec powiedział gdy zatrzasnęłam drzwi.
Poszłam na autobus, w prawidze mogłam przejść się piechotą. To tylko dziesięć minut, ale wolałam nie zwlekać. Wkońcu te dziesięć minut mniej, będę miała z Kasią. Gdy dobiegłam do niej do domu, jej tato pakował samochód.
- Dzień dobry Julio, przyszłaś do Kasi? Tylko musicie być szybkie, za dwadzieścia minut wyjeżdżamy - powiedział pan Marek jednym tchem.
- Dzień dobry - odpowiedziałam grzecznie. JEszcze mi tylko brakowało tego, żeby się pokłócić z jej rodzicami. To nie dorzeczne.
- Julka, choć na góre - usłyszałam jak Kaśka mnie woła ze swojego pokoju. Ona miała przepiękny pokój, nie taki jak wszystkie nasze blondi, o nie. Ona ma piękny zielono pomarańczowy pokój, z obrazami. Ma także tam łóżko, no w każdym razie tam bylo łóżko, teraz go tam nie ma.
- Zobacz - Kasia mi pokazała swoją najdroższą pamiątkę z Japonii.
- Wiem, pokazywałaś mi ją jak wróciłaś z Japonii. - odpowiadając uśmiechnęłam się do niej.
- Tak, i chciałabym żebyś ją wizięła...
- Nie, nie. Nie mogę, to jest twoj pamiątka.
- Tak moja, i chcę abyś Ty ją wzięła. Lepiej się nią zaopiekujesz. W podróży może się potłuc. - odpowiedziała Kasia, wręczając mi malutką porcelanową japonkę.
- O Boże, dziękuję Ci - powstrzymywając łzy wzięłam laleczke w ręce i mocno przytuliłam Kasię szepcąc jej do ucha 'dziękuję'.
- Będzie mi Cię brakowało tutaj, będę siedziała sama w ławce.
- Wiem, ale ta nowa usiądzie obok Ciebie. Napewno dasz sobie rade, jak Olka da, to i Ty.
- Kasiu! Kasiu choć, jedziemy - zawołała nas mama Kasi.
Wsiadając do samochodu, Kasia powiedziała...
- To juz jest ta chwila, musimy się nauczyć żyć samodzielnie. Bez siebie, jakoś przetrwamy, prawda?
- Prawda - odwzajemniłam jej uśmiech, który ona mi cały czas przekazywała.
- To papa.
- Pa - odpowiedziałam i wyruszyłam w stronę przystanku autobusowego. Słysząc ślizg opon, które zostawił złoty porche jej taty, zachciało mi się płakać. Nie udało mi się powstrzymać łez. Idąc do domu płakałam...

czwartek, 22 grudnia 2011

Impreza

Po przyjściu do domu odrazu popędziłam do szafy. Jak zwykle miałam dylemat co ubrać. Wygrzebałam moją zieloną sukienkę, będzie do mnie pasowała.
- Julka, choć tu. Ania po Ciebie przyszła.
- Już idę! Cześć Ania. - uśmiechnęłam się do niej ubierając buty.
- Co tam u Ciebie? - zapytała Ania, nie widziałyśmy się trochę czasu.
- Dobrze, dziękuję. Wiesz, że do naszej klasy przychodzi nowa dziewczyna?
- Tak, wiem. Ciekawe jaka ona jest.
- Lepiej już choćmy. Nie chcemy się spuźnić. - powiedziałam zakładając kurtkę.
Wyszłyśmy z mieszkania. Po drodze do Oli, spotkałyśmy Wiktora. Żadko się pokazywał na dworzu, chociaż jest najprzystojniejszym chłopakiem jakiego znam. Ale niestety ma dziewczynę. Kocham się w nim od trzeciej klasy a my już w drugiej gimnazium. Czas szybko leci.
- Cześć wam. - powiedział szczęśliwie ze swoim pięknym jak słońce uśmiechem i spojrzał się na mnie, po czym się zarumieniłam. Żadko się na mnie patrzał, bo wiem że jestem brzydka.
- Cześć - odpowiedziałyśmy wesoło chichocząc.
- Z czego się śmiejecie? - zapytał i posmutniał.
- Aaa, nic, nic. - odpowiedziałyśmy równocześnie.
- Aha, idziecie do Olki na imprę? - zapytał i się na nas spojrzał.
- Tak, właśnie się wybieramy - odpowiedziała Ania.
Po słowach Ani wszyscy ucichliśmy. Nie odzywaliśmy się więcej do samego domku Oli. Ona miała fajnie. Bogatych rodziców, bez rodzeństwa. Znaczy ma, ale jej starszy brat wyprowadził się z chaty parę lat temu. To jest życie. Jak ja bym chciała mieszkać bez rodzeństwa.
- Hej! Chodźcie szybko! - krzyknęła z progu swoich drzwi Olka.
- Idziemy, idziemy! - krzyknęliśmy wszyscy we trójkę.
- Hej mała! - powiedział do Oli Wiktor i ją pocałował. Chciałabym być na miejscu Olki. Ona to ma szczęście. Wiktor jest taki piękny, ma brązowe włosy i oczy, zupełnie tak jak Kasia. Tylko on jest chłopakiem, jest taki przystojny. Ale nigdy nie będzie mój, przyzwyczaiłam się do tego.
- Kasia! Kasia idzie! - zawołała Sara.
- Wszyscy chować się! - zawołał Wiktor.
Kasia weszła do domu, i każdy nagle krzyczy...
- Niespodzianka!
- O jej! Kurcze jesteście kochani! - podchodziła do każdego i nas przytulała. Gdy podeszła do mnie dałam jej naszyjnik.
- Ooo Julcia! Jesteś kochana! Dziękuję Ci. - przytuliłyśmy się.
Reszta wieczoru poszła dobrze, ale szybko się skonczyła. Musieliśmy być w domu punkt dwudziesta albo po nas. Ale bylo fajnie. Mam nadzieję że Kasi było miło. Po imprezie szybko ruszyłam do domu, aby nie mieć kłopotów z rodzicami.

Przygotowania

Tylko dwa dni do wyjazdu Kasi, a trzy dni do przyjścia tej nowej. Ciekawe jaka ona będzie. Wszyscy w klasie obstawiamy jak będzie wyglądała. Jaś - zorganizował konkurs. Kto będzie najbliżej tego jak ona wygląda. Grupa blondi z naszej klasy - Alicja, Basia i Nikola, zawsze się trzymają razem. Ona obstawiają zawsze wszystko to samo. Jakby nie miały własnego zdania. W prawdzie one nie są siostrami, ale zawsze noszą to samo do szkoły, mają taki sam kolor włosów i oczów co jest dla mnie przerażające. Mają tylko inne kąty twarzy. Kiedyś na wychowaniu fizycznym, znanym W-f`ie Basia złamała paznokieć i wszystkie trzy panikowały. No ludzie, czy można panikować o jakiś jeden głupi tips? Dla mnie to nie ma znaczenia. A zresztą, pomijając nasze klony, dzisiaj jest impreza dla Kasi. Dostałam maila od Olki, i robimy imprezę u niej. Wszyscy sie tam spotykamy trzydześci minut przed jej przyjściem. Nawet parę chłopaków przyjdzie. Jestem ciekawa jak będzie na tej imprezie. Mniejsza z tym, musze jej coś kupić. Nie wiem co. Myślałam nad kolczykami, ona by miała - N na jednym uchy i P na drugi a ja N na jednym i Z na drugim. Jakbyśmy się złączyły wyszłoby NPNZ - Najlepsze Przyjaciółki Na Zawsze. Albo poprostu naszyjnik. Tak. Naszyjnik będzie najlepszy.
- Mamo, wychodzę na spacer.
- Dobrze, ale weź ze sobą Michasia.
- No prosze, mamo! Muszę?
- Jeśli chcesz pujść to tak.
- No dobrze. - odpowiedziałam zawiedziona.
- Poczekaj na mnie, zniosę Ci wózek.
Widziałam jak w pośpiechu zakłada swoje czerwone szpilki, miały chyba z dwadzieścia centymetrów. Widziałam jak zgrabnie podniosła ten wózek w swoje ręce i go zniosła. Kiedyś mi opowiadała, że była najlepsza z W-f'u nawet od chłopaków. Gdy już byłyśmy na dole, włożyłam Miśka do wózka, i popędziłam do Forum. Musiałam niestety z nim wejść do sklepu, co było okropne bo zawsze wszystko ściąga z półek. Jakoś musiałam se poradzić. Dosyć szybko znalazłam stoisko z naszyjnikami NPNZ. Wybierałam najładniejsze.
- Dzień dobry dziewczynko. - powiedziała sprzedawczyni i uśmiechnęła się do mnie.
- Dzień dobry, szukam jakiegoś ładnego naszyjnika dla mnie i dla mojej przyjaciółki takie coś NPNZ. - odpowiedziałam jej.
- Co powiedziałabys na... ten? - Wyjęła spod szkła naszyjniki i mi pokazała.
Były piękne. Na jednym pisało NP na na drugi NZ, takie ładne.
- Mogę też napisać wasze imiona na nich, twoja przyjaciółka może mieć twoje a ty jej imię. Chciałabyś takie coś? - zaproponowała mi.
- Jasne, że tak! A ile będzie to kosztowało już z imieniem? - zapytałam się, bo miałam malutko pieniędzy.
- Tylko trzydzieści siedem złotych.
- Super! Biorę! - Na szczęście miałam piędziesiąt złotych, a myślałam że takie coś będzie kosztowało przynajmiej dwa razy więcej.
- Jak twoja przyjaciółka ma na imię?
- Kasia.
- A ty?
- Julia.
- Dobrze, przyjdź tutaj za około dziesięć minut i będzie zrobione. Możesz również poczekać i popatrzeć jak to się robi. - zaproponowała mi kobieta. Widać, że jest miła.
- Dziękuję, zostanę i popatrze. Braciszek mi zasnął więc to nie zrobi różnicy.
Po dziesięciu minutach naszyjniki były zrobione.
- Proszę, i miłego dnia.
- Dziękuję, nawzajem.
Mam już naszyjniki, lecę do domu się przygotować.

Odpowiedź

Przestraszyłam się gdy mama mnie zawołała, była wściekła. Ona tak tylko reaguje jak ktoś kłamał. Pośpieszyłam pędem do kuchni.
- Julio, co to ma znaczyć?
- Ale co? - zapytałam i popatrzałam na podłogę, kiedy je skłamałam?
- Chodzi o ten, no jak ty tam na to mówisz.
- Na co?
- No wiesz, na ten ten no wyjazd z Kaśką.
- No wiem, tak.
- A więc, zadzwoniłam do Moniki i ona powiedziała, że nic takiego nie mówiła Kasi, że nie możesz z nimi jechać. - powiedziała jednym tchem.
Miała rację, wkońcu powiedziałam jej, że jej mama się zgodziła.
- Przepraszam, Kasia miała się zapytać mamy. - zaczęłam płakać.
- Nie płacz, Julcia. Słuchaj, będziecie się widywały. Będą przyjeżdżać na Święta i wakacje, nawet ferie zimowe. - podeszła do mnie i mnie przytuliła. Jak zwykle jej zielone zwiewne ubrania, pachniały jak malutka stokrotka tuż po deszczu. Zawsze lubiałam się do niej przytulać.
- Przepraszam, że Ci skłamałam.
- No dobrze, już dobrze. Nie płacz. Ale nie myśl sobie że Ci to ujdzie na sucho, pamiętaj. - całując mnie w czoło poszła do jej laptopa coś patrzeć.
- Dobrze mamo.
Nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Moja najlepsza przyjaciółka mnie opuszcza. Co mi zostanie? Mam tylko ją, ona zawsze była ze mną w moim trudnych chwilach a ja z nią. Mam nadzieję, że tam gdzie ona jedzie będą mili ludzie. A ze mną, to już nic lepszego nie będzie.
Z nudów weszłam na czat. Po chwili napisała do mnie Ola.





Olka, Olka, Olka... Zawsze była fajna. Ale jakoś nie czułam tego samego co do Kaśki. Nie że miłość czy coś, ale nie czułam, że jest ona moją przyjaciółką. Chociaż, może, może...

środa, 21 grudnia 2011

Kłamstwo

Po szkole, odrazu udałam się pędem do domu. Kasia miała kółko historyczne więc została. Ja nie lubię zabardzo historii, ale chciałabym jej towarzyszyć. Lecz była ważniejsza sprawa. Jej wyjazd do Anglii. Chciałabym z nią pojechać, ale nie wiadomo czy moja mama się zgodzi. I nie wiadomo czy jej rodzice się zgodzą. Po paru minutach byłam już w domu. Odrobiłam lekcje, i musiałam opiekować się młodszym bratem Misiem. Każe się tak nazywać, ponieważ go tak panie z przedszkola nazywają. Ja i tak go nazywam raz Misiek raz Michaś.
- Kulka! Kulka! Cho tu! - zaczął krzyczeć wkurzający brat. Nie umie wypowiedzieć mojego imienia, ale Luiza to już umie powiedzieć.
- Idę, idę.
- Zobac! Zobac! - sepleni mały, ma tylko trzy latka.
- Co?
- No tu zobac, zobac! Telewizor! - normalnych słów powiedzieć nie umie, ale jak przyjdzie co do czego to różne rzeczy mówi.
- No widze, Teletubisie.
- Oglądnij ze mną.
- No dobra, tylko wezme zeszyt. - nie miałam zamiaru oglądać Teletubisi. Wolałam zrobić zadanie domowe z matematyki. Parę godzin puźniej, mama wróciła do domu.
- Cześć wszystkim, Jula choć pomożesz mi rozpakować zakupy. - typowa mama, najpierw idzie kupuje zakupy, a potem każe robić wiele innych rzeczy. No cóż, jeżeli chcem pojechać muszę robić to co zechce.
- Mamo, słuchaj. Jest taka sprawa...
- Tak? - zapytała się patrząc na mnie, po chwili wyjmując bakusie z torby.
- Bo wiesz Kasia wyjeżdża do Anglii...
- Tak, wiem. Przykro mi z tego powodu, wiem że byłyście najlepszymy przyjaciółkami.
- Właśnie chodzi oto, że ona powiedziała, że będę mogła z nimi pojechać jeśli się zgodzisz. Jej rodzice się zgadzają.
- No wiesz... Nie wiem, nie jestem pewna.
- No proszę mamo! Zrobię co tylko chcesz ale błagam pozwól mi jechać.
- Dobrze, zadzwonie do Moniki, mamy Kasi. Jeśli się zgodzi, pojedziesz. - zajęła się swoimi rzeczami.
- Dobrze mamo. - powiedziałam i poszłam do pokoju.
Weszłam do komputer, może Kasia już weszła na czat.

Tajemnica

- Kasiu, co się dzieje? Widzę, że coś się stało, możesz mi powiedzieć. Jesteśmy przyjaciółkami. - Powiedziałam do Kasi, łapiąc ją za rękę. Przyjaźnimy się od przedszkola, zawsze robimy wszystko razem.
- Nie teraz, nie mogę Ci powiedzieć. - Odpowiedziała smutno, łapiąc mój wzrok i mrużąc oczy uśmiechnęła się swoim słodkim uśmiechem na który lecieli wszyscy chłopacy w szkole.
- No dobrze, ale powiedz mi jak najszybciej, bo widzę że Cię coś trapi. - Odwzajemniłam jej uśmiech. Kasia jest najładniejszą dziewczyną którą znam, ma piękne długie kasztanowe włosy, i do tego piękne mocne brązowe oczy. Prawie każdy chłopak na nią leciał. Ja wręcz przeciwnie, miałam rude włosy, do tego zielone oczy. A najgorsze są moje piegi. Jestem taką typową rudo-włosą dziewczyną, żadko takie spotykam. Wkońcu po piętnastu miutach doszłyśmy do progu szkoły. Kasia pożegnała się ze mną i podbiegła do Oli, obiecała jej notatki z biologi. Więc sama poszłam pod klasę. Najpierw miałam matematykę, z czego bardzo się cieszyłam, ponieważ to mój ulubiony przedmiot. Nigdy nie dostałam mniejszej oceny niż 5 z matematyki. Zawsze zakuwałam do wszystkich testów z matematyki aby się wykazać. Lubię, gdy nauczyciele są ze mnie dumni. Rozległ się dzwonek na pierwszą lekcję. Lekcja była prościutka, chociaż parę osób nie wiedziało jak zrobć zadania, dlatego Pani Czułko powiedziała, że jak ktoś czegoś nie rozumie ma podejść do mnie lub Kasi. Nie wiedzieć czemu by dwie byłyśmy najmądrzejsze w klasie. Na każdej lekcji siedziałyśmy razem w ławce, może oprócz wychowania fizycznego, znanego jako W-f bo tam nie ma ławek. Po dzwonku Kasia, dziwnie się zachowywała. Poszła pod klasę następnej lekcji i jakby płakała. Szybko podbiegłam do niej.
- Co się stało? Wszystko gra Kasiu? - Zapytałam siadając przy niej.
- Nie, nic nie gra! Nic nie jest w pożądku! - Krzyknęła, ale cichym głosem wtulając sie we mnie. Wiedziałam, że coś złego musiało się stać.
- No to mów, co Cię dręczy?
- Chodzi oto, że, że...
- No powiedz, nie bój się.
- Wyprowadzam się.
- Nic się nie stanie, dalej będziemy się widywać w szkole.
- Nie, nie będziemy.
- A to dlaczego? Gdzie, gdzie się wyprowadzasz?
- Do Anglii.
- O nie! Dlaczego!
- Moja mama powiedziała, że tam lepiej będzie zarabiała razem z moim ojcem, i będą mogli pokryć koszty moich studiów... itp.
- Zawsze będziemy mogły rozmawiać przez skaypa, bo będziesz przyjeżdżała na wakacje i święta?
- Tak, jasne. Postaram się ubłagać rodziców, jeśli byś chciała, to może, może... Chciałabyś pojechać z nami?
- Jasne że chciałabym i to była ta wielka tajemnica?
Rozległ się dzwonek na lekcje. Po czym wstałyśmy i ruszyłyśmy do klasy.

Nie fart

Wstałam dzisiaj na śniadanie. Tato zrobił omlet, z pomidorami pieczarkami, które wyglądały jak drzewa przekrojone na pół, które odłożyłam. Nie miałam zamiaru tego jeść. Śmierdziało zdechłą rybą, jakby mama dodała tam jakiegoś pstrąga czy łososia. Chociaż, mogę zobaczyć że są tam takie różowe kawałeczki, ale nie wiem czy to akurat ryba. Boję się tego zjeść. Tata nie jest najlepszym kucharzem. Akurat, na ten moment czekałam. Tato wyszedł z kuchni, spokojnie mogę wsypać ten omlet do miski Perełki. Kochana dziewczynka, jest cała biała, malutka i słodziutka. Jest to West Highland White Terrier. Stąd jej imię, nic innego nie pasowało, i jak tylko pierwszy raz powiedziałam to imie odrazu reagowała. Jakby wiedziała że to jest jej imię. Wsypałam więc jej to do miski, odrazu swoim ogonkiem zamerdała, po czym poczypłałam do lodówki po szynke. Zrobiłam sę kanapke. Na nic innego nie miałam ochoty. Kocham mojego tate, ale czasami jak coś przygotuje to nie najlepiej. Zjadłam kanapkę, poszłam do pokoju, myśląc w co się ubiore. Zajrzałam do szafy, zielona bluzka z kwiatkami, rebaczki, fioletowa bluzka z gwiazdkami. No nie wiem. Poradzę się Perełki, ona ma świetny gust co do moich ubrań.
- Perełka! Choć mała - Wołam ją, szybko przyleciała.
- Słuchaj, którą bluzkę fioletową czy zieloną? - Zapytałam się jej, po czym ona podeszła do zielonej.
- A spodnie? Rebaczki czy te dżinsy?
- Podeszła do dżinsów. Jest bardzo mąrda, zna wszystkie komędy.
Jakie mam dzisiaj lekcje? Nie pamiętam, muszę sprawdzić w dzienniczku.
1. Matematyka 2. Historia 3. Plastyka 4. Biologia 5. Chemia 6. W-F
-No to pięknie - myślę.
Nie zrobiłam pracy domowej na chemie. Będę musiała zrobić na długiej przerwie. Wyszłam do szkoły, spotkałam Kasie. Poszłyśmy razem do szkoły w milczeniu, jakby coś przedemną ukrywała.

Szkoła

Dzisiaj nie mogło być gorzej. Gdy tylko wstałam na nogi wiedziałam, że coś się dzisiaj wydarzy. Nie myliłam się. A zaczęło się poprzez telefon.
- Julka uczyłaś się na kartkówkę z historii? - zapytała Oliwia.
- Nie! Przecież kartkówka jest chyba jutro! - odpowiedziałam oburzona.
- Aha, no to sory ale każdy do mnie wysyła smsy czy się uczyłam więc pomyślałam że się Ciebie zapytam... - odpowiedziała ze smutkiem Oliwia.
-Dobra nie ma za co. - odpowiedziałam jej.
W szkole... było jeszcze gorzej! Okazało się że jednak jest ta kartkówka! Zawaliłam, nie uczyłam się! I co teraz powie moja mama?! Będzie wściekła jak Ciocia Bożenka kiedy nie mogła znaleźć swojego kapcia! Nie, nie, nie! To musi być sen! Uszczypnę się i obudzę, może podziała? I nic! Nie zadziałało! Dostałam jedynkę! Pierwszą jedynkę w moim życiu! Jak to możliwe że przegapiłam takie coś? Przez jedną moją głupią nie uwagę! Teraz to mam nauczkę... Zobaczymy co tatuś na to powie. W domu.... Szkoda opowiadać. A było tak. Odrabiałam pracę domową z fizyki, aż tu nagle...
- Julka! Idź z Perełką na dwór, zjdła obiad! - krzyknęła mama, przestraszyłam się gdy tak z nienacka pojawiła się w mym pokoju.
- No idź, idź. - Powiedziała podchodząc do mojego biurka.
- Dobrze mamo, już idę. - odpowiedziałam jej.
- A co to ma być? - o nie! Mama zobaczyła moją kartkówkę z historii wystającą z plecaka.
- Co to ma być?! - zapytała się oburzona.
Popatrzałam się na Perełkę, Perełka na mame, a mama na mnie, po czym ja spojrzałam pędem na podłogę.
- Mamo, chciałam Ci powiedzieć, ale puźniej. Nie uczyłam się. Myślałam że, że, że kartkówka jest jut -Mama mi ucięła
- Masz szlaban młoda damo! - Powiedziała moja mama.
- I żebyś nie myślała że będziesz wychodziła do koleżanek! Szlaban! Ze szkoły prosto do domu! Do szkoły i z powrotem idzie się 20min. Będę liczyła!
- Anka, nie bądź taka ostra, daj dziewczynie trochę swobody... To jej pier - mama tacie urwała....
- Nawet mi o takich rzeczach nie mów Wojtek! Ona ma szlaban! Nie tak się z Julią umawiałam. Obiecała, że będzie informować nas o ocenach jak i negatywnych tak i pozytywnych. Nie mam zamiaru na wywiadówce wychodzić na nienormalnego rodzica bo moja córka o niczym nie wiedziała. - Wygarnęła tacie mama. - Przerobisz dziś Julio ten materiał z tatą.
- Dobrze - odparłam bez entuzjazmu.
- Nie denerwuj się Aniu - wtrącił tato. - Zaraz się za to zabierzemy.
Mimo że wygląda na skromną osobę ale jak już zaczyna się drzeć, to już na całego. Żeby jutro było dobrze...

Poznanie

- Idę się przejść - informuję mamę i Luizę. Przedemną idzie wysoki, długowłosy chłopak, w skrzurzanej kórtce z wielkim napisem "I Love Avril". Wygląda mi na metalowca. Słyszałam, że to nie bezpieczna subkultura. Są agresywni, bez kultury i źle traktują dziewczyny.
- Oskar! Oskar! - woła ktoś za mną.
Dziwne imię dla psa przemyka mi się przez myśl, odruchowo się odwracam. Głos należy do drobnej i chudej jak patyk kobiety w szatach tak artystycznych, że kreacje mojej mamy wydają mi się pospolite i skromne. Łapię moje spojrzenie i robi mi się tak głupio, że odwracam wzrok, przyśpieszam kroku i nie zastanawiając się walnęłam w drzewno. Tak mnie rozbolał nos, że nagle go dotknęłam i zobaczyłam krew na ręce. Było ciemno a drzewa nie widziałam. Nagle podbiegła do mnie ta chuda pani.
- Czy nic Ci się nie stało mała? Wszystko gra? - zapytała bardzo szybko.
- Nie nic, tylko krew mi z nosa leci. - odpowiedziałam grzecznie nieznajomej.
- No to choć szybko ze mną, przemyję Ci nos, no choć. - powiedziała.
- Dobrze, Proszę Pani. - poszłam za nią.
Wchodzimy po klatce schodowej, wreszcie. Parę schodków ku jej drzwi i bam. Spadłam ze schodów. Nic nie mogło mi się gorszego przytrafić. No ale dzisiaj piątek trzynastego, więc rozumiem. Ale żeby dwie rzeczy jednego dnia! Świat nie widział, po prostu nie.
- Jak Ci na imię? - zapytała Pani.
- Julia Kamaja.
- Dobrze, Ja się nazywam Dorota Szypańska. Miło Cię poznać Julio, choć do łazienki przemyjesz się. Nie chcemy przecież aby twoi rodzice się martwili.
- Dobrze Pani Doroto.
Wnętrze całkiem ładne, zrobione po Francusku co mi się spodobało. Pierwszy raz widziałam tak ładnie dobrane kolory. Blado żółta tapeta, brązowy stolik a na nim czerwony wazon z pięknymi różami.
- Julio, jak myślisz gdzie najlepiej by należało postawić ten kwiat? Tu czy tu? - Zapytała Pani Dorota, wskazując na dwa kąty.
- No ja nie wiem, ale gdybym ja musiała to ustawić to postawiłabym ten kwiat tutaj w tym prawym rogu, ponieważ lepiej wygląda a na lewym rogu ktoś może go strącić. - Odpowiedziałam jednym tchem, wyszło jakoś samo ze mnie.
- Ojej, masz rację! Nigdy o tym nie myślałam, dziękuję już tam ustawiam.
- Nie ma za co Pani Doroto. - weszłam do łazienki i myje nos z krwi.
Kafelki piękne w łazience, blado niebieskie na ścianie gdzie była wanna i prysznic, a na innych były przepiękne kafelki z rybkami. Wyglądały jak prawdziwe. Będę się musiała poradzić pani Doroty w sprawach z moim pokojem... Przemyłam nos, i wybieram się do wyjścia.
- Do widzenia Pani Doroto.
- A no, tak tak do widzenia Julio. - odpowiedziała jakby zapomniała że tu jestem.
Wyszłam za drzwi i pędem popędziłam do domu. Już bardzo długo mnie nie było. Rodzice się mogę martwić. Wróciłam po cichutku to domu jak mała myszka, na szczęście wszyscy spali. Poszłam więc do łazienki, umyłam się i poszłam spać myśląc czy jutro mi się coś wydarzy.