Do tej pory, nie wiedziałam że moje życie może się tak zmienić. Nie wiedziałam na co tak naprawde stać moją mamę.
- Dzieci, wychodzę - wypaliła jak weszłam do kuchni.
- A gdzie idziesz? Jesteś taka wystrojona... - zaciekawiło mnie to, że się wystroiła tak jak wtedy na śmierci pradziadka. Nigdy nie widziałam jej w tym stroju. Ta czarna marynarka, i te spodnie wcale do niej nie pasowały. Zawsze widziałam ją tylko w spudniczkach, czy szła na jakiś pogrzeb czy co?
- Nie wasza sprawa, mam interesy, dowidzenia - powiedziała i wyszła trzaskając drzwiami.
- Ciekawe co ją napadło - zaciekawiłam się, chyba źle że powiedziałam to na głos.
- Zapadła w szał, coś głupiego wbiło jej się do głowy - zaczęliśmy się śmiać, potem Luzka trochę gadała o swoich biegach... bla...bla...bla...
Nigdy mi się o tym nie chce słuchać, czasami nawet myślę że ona woli biegać niż spędzać czas z Krzyśkiem, jej chlopakiem. Ale jej życie, jej sprawa. Ja miałam ważniejsze sprawy niż słuchane o tym jak przegrała tydzień temu na biegach na boisku. Musiałam się przygotować na konkurs z biologi. Kręgowce, bez kręgowce i te inne... Wróciłam do pokoju i się jeszcze trochę po uczyłam. Zasnęłam przy książkach, nie dziwie się, spędziłam nad nimi trzy i pół godziny. Ale nic, chcę być pewna, że wszystko umiem na blachę. Godzina do konkursu, muszę się powoli zbierać. Robi się coraz zimniej, więc założę szalik, moją marynarkę i botki. Ciekawe co mnie tam czeka, i czy zobaczę Olke. Całą drogę do szkoły myślałam o mamie, co ona znowu wymyśliła?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz