Kolejna nudna sobota. Nic tylko zamknąć się w pokoju i ryczeć w niebo głosy do poduszki. Dalej się nie pozbierałam, nie mogłam uwerzyć w to, co mi zrobił. Pozostało mi tylko czekać, na nową miłość którą na pewno spotkam niedługo w swoim marnym życiu. Kolejne dni upływały... właściwie nie upływały. Miałam wrażenie, że czas się zatrzymał, jest piątek trzynastego, a ja utknęłam pod drabiną, stojąc na pęknięciu, w otoczeniu czarnych kotów i kawałków rozbitego lustra. Nie wiedziałam co się wokół mnie dzieje. Dwa tygodnie - jak wskazywał kalendarz - po tym jak zobaczyłam Wiktora z Olką. Wpadły do mnie koleżanki. Chciały wyciągnąć mnie do kina. Broniłam się przed tym, ponieważ nie chciałam przebywać w towarzystwie wymuszonych uśmiechów i sztucznych pocieszeń. W końcu jednak się złamałam.
Nie wiem czy to dobrze, że tak wyszło. Gdybym nie poszła do tego kina, to pewnie nadal żyłabym w stanie błogiej nieświadomości.
Ale może zacznę od początku. O godzinie osiemnastej miał zacząć się film. Włożyłam na siebie białą bluzkę, moją ulubioną jasnoszarą bluzę, jasne jeansy i moje kochane buty, o trzy rozmiary za duże (nie, to nie przesada). Wyszłam z domu. Na końcu ulicy zauważyłam dziewczyny.
- Ej! Czekajcie! - krzyknęłam i pobiegłam do nich, o mało co się nie przewracając.
- Fajnie, że jednak się zgodziłaś - powiedziała jedna z nich.
Powoli poszłyśmy przez park w stronę brzydkiego, pomarańczowego budynku kina. Pogoda była wyjątkowo ładna jak na połowę września. Znalazłyśmy się tam o pół godziny wcześniej, więc usiadłyśmy na zielonej ławce w parku. Żartowałyśmy i wygłupiałyśmy się.
- Ej, Jula, co byś zrobiła, jakby teraz Wiktor wyszedł tu zza krzaka? - zapytała nagle koleżanka.
- Przestań - uśmiech spełzł mi z twarzy.
- Dobra, sory, sory, już się nie fochaj - powiedziała i trąciła mnie łokciem.
Nie minęło dziesięć minut, a na parkowej alejce pojawił się Wiktor. Oczywiście nie sam. Za rękę trzymał niewysoką blondynkę. Różnica wzrostu między nimi była tak wielka, że aż komiczna. A może to zazdrość przeze mnie przemawia... hmm.
Wtedy nawet nie byłam smutna, byłam wściekła! Podeszłam do niego i z całej siły "sprzedałam mu liścia". Na jego policzku pojawił się czerwony ślad, co w głębi duszy sprawiło mi radość.
- Julia! Co ty robisz?!
- Nienawidzę cię! - krzyknęłam i odeszłam.
- Głupia jakaś czy co? - usłyszałam jej skrzeczenie za plecami.
Zacisnęłam pięści. Czułam jak krew wzburzyła się w moich żyłach. Usiadłam na ławce i zaczęłam płakać. Ludzie idący tamtędy na seans dziwnie na mnie patrzyli. Ogarnęłam się, otarłam łzy i poszłam do domu.
- Juleczko, to jak z tym Wiktorem? Widziałam go z jakąś dziewczyną, szli za rękę - powiedziała moja mama, gdy przekroczyłam próg.
- Daj mi spokój! - krzyknęłam i rzuciłam się zapłakana na łóżko.
Nigdy się tak podle nie czułam. Dzień rozpaczy to był pikuś z tym, co przeżyłam pod kinem. Nie chciałam się mścić... chciałam umrzeć...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz